Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łakocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łakocie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 listopada 2015

Szarlotka bez pieczenia.

Ostatnio z powodu kilku rzeczy w życiu coraz częściej bierze mnie na sentymenty.
Zapachniało zimną to więc i myślą o Świętach.
Od zawsze kocham jabłka, a taka szarlotka to dopiero coś. Od samego zapachu, aż ciepło się robi na sercu.




Potrzebujemy tortownicy o średnicy 20cm.

Składniki na 8-10 kawałków:

pięć dużych jabłek około 1,5 kilograma
dwa centymetry skórki z cytryny
trzy łyżki cukru trzcinowego
szczypta gałki muszkatołowej
pół laski cynamony
100ml gorącej wody

budyń śmietankowy
pół litra chudego mleka
łyżeczka masła
dziesięć słodzików
paczka okrągłych biszkoptów
ulubione kruche ciasteczka korzenne

Jabłka myję i obieram, kroję na kawałki różnej wielkości. Chodzi o to by podczas duszenia jedne się rozpady, a inne pozostały jędrne. Wzbogaci to konsystencję ciasta. Pokrojone jabłka wrzucam na patelnię z dodatkiem drobno posiekanej skórki cytrynowej, gałką muszkatołową i cynamonem. Dodaje cukier i wodę. Całość smażę, aż powstanie gęsty mus z kawałkami jabłek. Odklejający się od dna patelni i tworzący specyficzny odgłos smażenia na sucho. Trwa to maksymalnie pół godziny. W tym czasie przygotowuję tortownicę. Dokładnie smaruję ja masłem, wykładam biszkoptami. W przerwy które zostają na dnie formy kruszę ciastka korzenne by dno było dokładnie pokryte. Jeśli chce Ci się gimnastykować można też spróbować obsypać boki formy, ale uwaga by biszkopty z dna nie zaczęły się przemieszczać ;).

Pamiętaj o wyjęciu cynamonu! Usmażony mus z kawałkami jabłek wykładam do formy z biszkoptami i ciastkami. Wyrównuję i przygotowuję budyń. Do swojego dałam słodzik, poza tym przygotowuję jak na opakowaniu. Wylewam gorący na jeszcze ciepłe jabłka. Po wyrównaniu powierzchni posypuję całość pokruszonymi korzennymi ciastkami. Całość stawiam na dużym talerzu i czekam, aż ostygnie. Przykrywam folią i na noc wkładam do lodówki. Kroję dużym, ostrym nożem.

Uwaga! Znika w zastraszającym tempie!

Smacznego!

czwartek, 28 listopada 2013

Krem orzechowo-kakaowy.

Kto nie kocha kremów czekoladowych z orzechami?  Domowe są jednak najlepsze.
Ten jest mega prostą i tańszą wersją tych sklepowych.


Na około 800ml kremu:

300ml orzechów ziemnych
200ml orzechów laskowych
250ml mleka 2%
dwie łyżki płynnego miodu
dwie łyżki gorzkiego kakao
dwie łyżki delikatnego oleju

Nie jest zbyt słodki, więc duża część z Was może dołożyć miodu :). Pierw jednak warto spróbować takiego.

Wszystkie składniki włożyłam do malaksera, nastawiałam na pełną moc i miksowałam. Robiłam to trzy razy, bo maszynie opornie szło. W końcu zrobił się lśniący, gęsty z niewielkimi kawałkami orzechów. Niebo...

Smacznego! ;)

poniedziałek, 2 września 2013

Dżem śliwka w czekoladzie.

Uwielbiam śliwki, a śliwki w czekoladzie w szczególności! Pewnego razu będąc u koleżanki na urodzinach zajadałam się czymś bardzo podobnym. Metodą prób i błędów doszłam do idealnej wersji tego dżemu. Wybrałam śliwki dąbrowickie, bo oprócz tego że są przepyszne i teraz dostępny to cudowne odchodzą od nich pestki i nie trzeba się z nimi siłować. Uwierzcie mi, nie opłaca się robić z mniejszej ilości owoców, bo dżem znika w tempie ekspresowym i jest niesamowicie pyszny. Musze przyznać, że są to moje ulubione słoiczki na zimę ;).


Na trochę ponad dwa litry dżemu:

3 kg dojrzałej śliwki dąbrowickiej
szklanka cukru
100g czekolady 70%
kopiasta łyżka ciemnego kakao

Śliwki umyłam, wyrzuciłam pestki. Owoce pokrojone na mniejsze kawałki wrzuciłam do dużego garnka. Nasypałam cukru i postawiłam na małym ogniu, co kilka chwil mieszając drewnianą łyżką, by owoce szybko puściły sok. Gdy śliwki zaczną się gotować powstanie mocno rzadka zupa i nadmiar płynu trzeba odparować. Pierwszego dnia gotowałam tak długo, aż było widać że całość zgęstniała. A na górze zrobiła się gęsta różowa piana. Wtedy najczęściej kończę pierwsza fazę smażenia, bo owoce zaczynają się przypiekać do dna. Zostawiam wtedy dżem do całkowitego wystudzenia. Najczęściej na całą noc. Ostatnio było dosyć chłodno, więc garnek przykryłam pokrywką i nie wkładałam go do lodówki.
Drugiego dnia przed ponownym smażeniem przygotowuję sobie porządnie umyte słoiki, i nakrętki oraz folię spożywczą. Dopiero teraz znów wstawiam garnek z dżemem ponownie gotuję. Robię to tak długo, często mieszając by się nie przypaliło, aż dżem będzie łatwo nabrać na łyżkę. Ważne jest też to, że kakao i czekolada także odrobinę zagęszczą całość. Druga faza trwa znacznie krócej od pierwszej. Czekoladę łamię na mniejsze kawałki i wrzucam do wrzącego dżemu. Mieszam by się całkowicie rozpuściła. Wsypuje dużą łyżkę kakao i dokładnie mieszam. Na tym etapie zdejmuję już garnek z ognia i po bardzo dokładnym wymieszaniu i spróbowaniu czy nie trzeba dodać kakaa przekładam gotowy dżem do słoików.
Po wypełnieniu słoików gorącym dżemem na każdy nałożyłam kawałek folii spożywczej i porządnie zakręciłam. Odwróciłam do góry dnem i zostawiłam do wystudzenia. Dla pewności pasteryzowałam słoiki. Do odpowiednio większego garnka wyłożonego gazetą włożyłam słoiczki i nalałam wody do 1/3 ich wysokości. Przykryłam garnek tak by pokrywka nie dotykała słoików, one same też nie mogą się ze sobą stykać i po 10 minutach od zagotowania wody dżem był już gotowy by przetrwać całą zimę, a nawet dłużej!

Śliwki obieram i kroję w gumowych rękawiczkach. Wam też radze ich użyć, bo później trudno domyć ręce ;).

Smacznego! ;))

poniedziałek, 8 lipca 2013

Babeczki z masłem orzechowym i czekoladą.

Na przekór wszystkiemu miałam ochotę na babeczki bez owoców. Wiadomo, że sezon i trzeba korzystać ale dziś miałam ochotę zgrzeszyć ;). Do tego walała mi się po domu resztka orzeszków, a że lubię robić coś z tego co już mam w domu to do dzieła! Jak pewnie zauważycie to babeczki są wegańskie, co podwójnie mnie cieszy... Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i jadłam jeszcze ciepłe. Wyszły puszyste w środku, wilgotne i jakby lekko lepkie za sprawą masła orzechowego. No i ten chrupiący wierzch, moje małe niebo ;).


Proporcje na 12 babeczek:

zrobiłam domowe masło orzechowe, wychodzi pięć łyżek i jest lekko płynne. Celowo takie jest, bo do babeczek nie dodaję więcej tłuszczu. Tak więc:

150ml wyłuskanych orzeszków ziemnych
sześć dużych łyżek delikatnego oleju
duża szczypta soli morskiej

Całość potraktowałam malakserem i gotowe. Zawsze zostawiam małe kawałeczki orzechów. Wzbogacają konsystencję całości.

dwie szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki cukru trzcinowego
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka sody
piętnaście słodzików
szklanka zimnej wody

50g deserowej czekolady


Do miski wsypałam suche składniki, dodałam do nich drobno posiekaną czekoladę. Można ją również utrzeć na grubej tarce, tak będzie szybciej. Słodzik rozpuściłam w łyżce gorącej wody, którą proporcjonalnie odjęłam z planowanej szklanki wody. Wymieszałam suche składniki i wlałam wodę. Po dokładnym wymieszaniu wychodzi lekko lepkie, ale bardzo przyjemne ciasto. Łatwo je się nakłada do foremek, które zrobiłam z papieru do pieczenia. Inaczej do zwykłych papilotek babeczki bardzo mocno by się przykleiły. Chcąc tego uniknąć i nie musieć dodawać więcej oleju do przepisu wykorzystałam papier. Wycięłam z niego około 13cm kwadraty i je umieściłam w formie do pieczenia. Nakładałam po około półtorej łyżki ciasta.

Piekłam przez 15 minut w temperaturze 180 stopni, na środkowej półce bez termoobiegu. 

Po upieczeniu bez problemu dają się obrać z papierka ;).

Smacznego!

niedziela, 30 czerwca 2013

Babeczki marchewkowe.

Tak! Wegańskie marchewkowe babeczki to coś o czym od dawna marzyłam! W prawie wszystkich przepisach jest tona jajek lub jakieś wymyślne składniki, których musiałbym poszukiwać. Moim sekretnym składnikiem jest domowy dżem dyniowy, który mam jeszcze w piwnicy ;).


Na 12 cudownie wilgotnych i delikatnych babeczek:

półtorej szklanki mąki pszennej typu 650
1/3 szklanki cukru trzcinowego
szczypta soli
1/4 łyżeczki cynamonu
płaska łyżeczka sody
łyżeczka proszku do pieczenia

szklanka gładkiego dyniowego dżemu, można zastąpić musem morelowym lub jabłkowym
ubita szklanka marchwi utartej na drobnych oczkach
pół szklanki drobnych rodzynek
pół szklanki posiekanych suszonych śliwek
1/3 szklanki oleju rzepakowego

Suche składniki wsypałam do miski i wymieszałam łyżką. Dałam do nich marchew, dżem, olej oraz bakalie. Wymieszałam, Pierw wydawało mi się, ze całość będzie za sucha ale po chwili marchew puściła sok i dało się dokładnie wymieszać. Masa była lepka i łatwo nakładało się ją do papilotek.


Babeczki piekłam przez 20 minut w temperaturze
180 stopni bez termoobiegu na środkowej półce. Jak to przy wypiekach pod koniec pieczenia należy sprawdzić patyczkiem czy są suche. Tu nie będą do końca suche. Patyczek będzie lepki, ale nie ubrudzony ciastem. Po upieczeniu wyjęłam je z formy i studziłam na kratce. Nie bójcie się jeśli babeczki będą miękkie. Takie mają być. Przy stygnięciu będą nabierać odpowiedniej konsystencji.





Używam do nich papilotek zrobionych z papieru do pieczenia (kawałek około 12cm/12cm dopasowuję do formy na babeczki), bo takie zwykłe się przykleją i ciężko będzie je wyjąć. Spowodowane jest to niską zawartością tłuszczu. Za to można zjeść dodatkową babeczkę! I oczywiście takie wycięte samodzielnie z papieru wychodzą dużo taniej.

Smacznego! ;)

sobota, 29 czerwca 2013

Dżem truskawka rabarbar.

Obfitość rabarbaru i truskawek skłoniła mnie do połączeniu tych dwóch cudownych smaków. U mnie w domu dżem truskawkowy miał zawsze największe wzięcie, ale teraz to się zmieniło. Truskawki z rabarbarem tworzą niepowtarzalną i niesamowicie pyszną kombinację. Nie lubię przesłodzonych rzeczy, więc domowe przetwory to jest to. Dżem wychodzi delikatny i mięciutki, lekko kwaskowy, idealny. Można jeść łyżeczką prosto ze słoiczka ;).


Na około półtora litra gotowego produktu użyłam:

2000ml pociętego w kawałki rabarbaru czyli kilogram łodyg
2000ml pokrojonych na kawałki truskawek
półtorej szklanki cukru, pół na pół trzcinowy z białym

folia spożywcza i słoiki z nakrętkami


Jak już kiedyś pisałam nie mam wagi i wszystko powierzam mojemu pojemnikowi z miarką. Stąd właśnie wartości podane w mililitrach zamiast kilogramów.

Umyte, obrane i pokrojone owoce wrzuciłam do dużego garnka o grubym dnie. Wsypałam oba cukry i wymieszałam z owocami. Postawiłam garnek na małym ogniu i co chwilę potrząsałam by owoce szybciej puściły sok. W innym wypadku trzeba by dolać odrobinę wody, a to niestety wydłuży czas robienia dżemu.

Garnek musi być trochę większy, bo gdy owoce puszczą sok i zaczną się gotować zrobi się piana, która będzie próbowała uciec. Dlatego w tym czasie należy pilnować garnka i co chwilę mieszać zawartość. Piana która powstanie na górze to pektyny, które są naszemu dżemowi bardzo potrzebne. U mnie to szaleństwo trwało trochę ponad pół godziny, później nie stałam już ciągle przy garnku i tylko co jakiś czas przychodziłam pomieszać. Dżemowa zupa powinna delikatnie pyrkotać, nie może się przypalić bo całość nabierze gorzkiego posmaku. Z czasem piana zacznie gęstnieć i wtedy trzeba próbować ją wmieszać do środka. Na tym etapie dżem jest dosyć rzadki, ale bez obaw tak ma być i później zgęstnieje.


Pierwszą fazę smażenia kończę gdy na górze prawie wcale nie ma już piany. Zostają tylko cienkie smugi. Odstawiam dżem do całkowitego wystudzenia. Najlepiej zaczekać do następnego dnia. Nie trzeba wstawiać do lodówki, ale warto przykryć by go muchy nie podjadały ;). 

Drugiego dnia przygotowuję słoiczki. Myję je wraz z pasującymi do nich nakrętkami w gorącej wodzie z płynem do naczyń. Dokładnie płuczę i wycieram do sucha. Ustawiam na ręczniku. Gdy mam już przygotowane słoiki stawiam dżem na małym ogniu, mieszam i pozwalam mu bulgotać przez jakieś 30-40 minut. Przez noc odrobinę ściemnieje i u góry może się wytworzyć trochę rzadszej masy. Trzeba ją wmieszać i odparować. Gdy dżem jest gotowy to zaczyna pryskać i jak zwykle wszystko na około jest ochlapane. Włącznie niestety ze mną. Wtedy wyłączam palnik. Warto też nabrać trochę dżemu na łyżkę i sprawdzić konsystencję. Powinna być dosyć spójna. Z łyżki spływa jakby kawałkami i jest lepki.

Do słoików za pomocą łyżki przekładam wrzący dżem. Widziałam że ludzie używają dużego lejka, ale do mnie to jakoś nie przemawia. Biorę zawsze ręcznik i w niego zawijam słoiczek. Inaczej gdy przy nakładaniu dżem nam skapnie poparzymy sobie rękę, a tak to ucierpi tylko ręcznik, który da się wyprać. Słoik wypełniam pod gwint, a nie do pełna. Na górę naciągam kawałek folii spożywczej z zapasem i mocno zakręcam słoik. Odwracam do góry dnem i stawiam na ściereczce. Pozostawiam do całkowitego wystygnięcia. Użycie folii spożywczej nie jest konieczne, ale dodatkowo zabezpiecza nam przetwory. Pełni rolę uszczelki. Powstrzyma wszystkie zapachy, które mogły zostać na nakrętkach i przetwory się nie utlenią. Nie kupuję nowych słoików tylko wykorzystuję te z kupionych produktów. Po wystygnięciu i odwróceniu słoików nakrętka powinna być lekko wklęsła, a po naciśnięciu nie powinna się ruszać czy wydawać charakterystycznych kliknięć.


W taki sposób od lat przygotowuje się w moim domu dżemy. Jeśli jednak nie macie pewności co do tego to warto pasteryzować przetwory. Dżem rozlałam do małych słoiczków około 200ml. Wtedy trzeba je umieścić w dużym garnku, którego dno wykładamy podwójną warstwą szarej gazety. Nie wiem dlaczego, ale zawsze mi mówiono, że nie może to być taka śliska jak z czasopism. Na gazetę stawiamy słoiki i jeśli dżem jest ciepły możemy wlać ciepłą wodę, jeśli zdążył już wystygnąć to koniecznie zimną by słoiki nie popękały. Stawiamy je też tak by nie dotykały brzegów garnka, ani samych siebie bo mogą popękać. Wody nalewamy tylko tyle by słoiki były zanurzone na 1/3 swojej wysokości. Przykrywamy garnek pokrywką i włączamy mały gaz. Pilnujemy by woda w garnku zaczęła się gotować i wtedy odmierzamy 10-15 minut i wyłączamy palnik. Zostawiamy słoiki w garnku, aż do wystudzenia.

Pamiętajcie, że nie ma nic lepszego jak domowe przetwory! Nie bójcie się ich robić. Nawet jak nie wyjdą takie jakbyśmy chcieli to warto próbować. Moje pierwsze dżemy można było kroić nożem ;))

Smacznego!

czwartek, 27 czerwca 2013

Placuszki z truskawkami.

Zazwyczaj takie placuszki robiłam z jabłkami, ale skoro mamy sezon na truskawki to dlaczego nie zrobić ich z nimi? Są wyjątkowo pyszne, a sok z owoców nadał plackom specyficznego koloru.


Na około 16 placuszków:

szklanka mąki pszennej razowej
szklanka mąki pszennej typu 650
kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej
pięć łyżek błyskawicznych płatków owsianych
szklanka mleka
szklanka kefiru
łyżka gorącej wody
dziesięć słodzików
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka sody

dwie szklanki pokrojonych w plastry truskawek

olej rzepakowy do smażenia

Do miski wsypałam suche składniki, wymieszałam i powoli wlewałam do nich płyny. Podobno jeśli w ten sposób łączy się składniki to nie ma grudek. Nawet jak są to mi niespecjalnie przeszkadzają, ale tu faktycznie ich nie było ;). Moje truskawki były dosyć kwaśne stąd w przepisie słodzik. Rozpuściłam go w łyżce gorącej wody. Wymieszane ciasto odstawiam na jakieś 10 minut, by mąka całkowicie wchłonęła wilgoć. Masa powinna być dosyć gęsta, podobna do kwaśnej śmietany.

Opłukałam i obrałam truskawki. Pokroiłam je w plasterki i wrzuciłam do gęstej masy. Delikatnie wymieszałam. Masę powinno się dosyć łatwo nabierać duża łyżką. Na niewielkiej ilości rozgrzanego tłuszczu smażyłam placuszki z dwóch łyżek masy. Kontrolowałam by w każdym było odpowiednio kawałków truskawek. Gdy placki są rumiane i zaczynają skwierczeć to znak, że są gotowe. Truskawki zaczną też puszczać sok. Jeśli zostawimy je dłużej na patelni to zacznie się przypalać.

Gdyby placuszki ciężko się przewracało i gdyby się rozpadały należy dodać jeszcze trochę mąki.

Jeśli placuszki będą dla Was mało słodkie, śmiało polejcie je miodem. Pasuje idealnie.

Smacznego! ;)

wtorek, 25 czerwca 2013

Szybki przekładany deser owocowy z jogurtem.

Wieczorem zachciało mi się jeszcze czegoś słodkiego, ale truskawki, czekoladę i babeczki już jadłam. Zazwyczaj jest 12 jednakowych sztuk i obojętnie jak pyszne są, czasem jakieś dwie zostaną. Tym razem to miało być coś innego. Szybciej się go robi, niż zjada ;). Tak oto powstało moje cudo...


Składniki deseru::

babeczki, które nam zostały. Użyłam owsianych z tego przepisu.
ulubiony dżem domowej roboty. Użyłam truskawki z rabarbarem.
naturalny jogurt

Do szklanki nałożyłam jakieś trzy łyżeczki jogurtu, na górę dałam dwie dżemu i posypałam to połową pokruszonej babeczki owsianej. Czynność należy powtarzać, aż do wypełnienia naczynia ;).

W moim przypadki smaki idealnie się komponowały, bo szczypta cynamonu zawarta w babeczkach idealnie pasowała do dżemu. Jogurt nadał całości kwaskowatego posmaku i idealnie złagodził słodycz.

Świeże, słodkie owoce również się sprawdzą. Nie bójcie się eksperymentować!

Smacznego! ;))

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Babeczki owsiane.

To idealne babeczki zarówno na deser jak i na śniadanie. Te są bez bakalii, ale jadłam je z truskawkowo rabarbarowym dżemem.  Zazwyczaj dorzucam jakąś resztę rodzynek czy suszonych śliwek.


Na 12 babeczek:

półtorej szklanki błyskawicznych płatków owsianych
szklanka mąki pszennej typu 650
pół szklanki cukru trzcinowego
szczypta cynamonu
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej
trzy łyżki wody
sześć łyżek oleju
szklanka mleka może być roślinne

dowolne bakalie około pół szklanki

Suszone śliwki czy morele warto pokroić na mniejsze kawałki, bo po upieczeniu będzie się ciężko jadło. Rodzynki czy żurawina są odpowiedniej wielkości. 

Jeśli rezygnujemy z bakalii warto dosypać jeszcze ze dwie łyżki cukru.

W wersji dietetycznej cały cukier zastępuję słodzikiem. W takim przypadku zazwyczaj próbuję surowe ciasto i w razie potrzeby dosładzam. Należy jednak pamiętać, że suszone owoce same w sobie są dosyć słodkie.


Wszystkie suche składniki wsypuję do miski. Dodaję składniki mokre i mieszam. Wsypuję bakalie i po wymieszaniu ciasto od razu przekładam do papilotek w foremce. Przed mieszaniem składników rozgrzewam piekarnik. Piekę przez około 17-20 minut w temperaturze 180 stopni bez termoobiegu na środkowej półce. Pod koniec pieczenia warto sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest już upieczone.

Można użyć do nich papilotek zrobionych z papieru do pieczenia (kawałek około 12cm/12cm dopasowuję do formy na babeczki), bo takie zwykłe mogą się przykleić  i ciężko będzie je wyjąć. Spowodowane jest to niską zawartością tłuszczu. Za to można zjeść dodatkową babeczkę! I oczywiście takie wycięte samodzielnie z papieru wychodzą dużo taniej. 

Smacznego! ;))

czwartek, 20 czerwca 2013

Czekoladowe babeczki z truskawkami i migdałową posypką.

Są truskawki, więc trzeba je wykorzystać do wszystkiego. Takich babeczek jeszcze nie było ;).


Na 12 babeczek:

175g margaryny
szklanka mleka może być roślinne
trzy łyżki wody
100g gorzkiej czekolady 70%
3/4 szklanki cukru trzcinowego lub około 25 słodzików
dwie kopiaste łyżki ciemnego kakao
dwie i pół szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki płatków owsianych górskich
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
dwanaście dorodnych truskawek
dziesięć migdałów

Do garnka wlałam mleko, dodałam tłuszcz i pokruszoną czekoladę. Jeśli wybierzecie słodzik to rozpuszczam go w tych trzech łyżkach ciepłej wody. Jeśli cukier to wlewamy do garnka wodę i wsypujemy cukier. Rozpuszczamy wszystko i odstawiamy do ostudzenia.
Do miski wsypujemy mąkę, proszek, kakao, sól oraz płatki. mieszamy i wlewamy do tego przestudzoną miksturę z garnka. Mieszamy i powinna wyjść z tego dosyć gęsta i łatwa do nabrania łyżką masa. Przekładamy ją do papilotek. Do każdej wkładamy umyte, obrane i przekrojone na cztery truskawki. Posypujemy uprzednio zmielonymi migdałami lub migdałowymi płatkami. Co tam mamy pod ręką.

Piekłam 15-17 minut w 180 stopniach na środkowej półce bez termoobiegu. Po 15 minutach sprawdzamy patyczkiem w miejscu gdzie nie ma truskawki czy ciasto jest już suche. Najlepiej zrobić to na środku, bo tam może gromadzić się wilgoć z owoców.

Gorące są pyszne, ale lekko się rozpadają. Po wystygnięciu są suche, ale na drugi dzień są już cudownie wilgotne. Takie smakują mi najlepiej ;).

Smacznego! ;))

sobota, 15 czerwca 2013

Smoothie: truskawki, banan i świeża mięta.

W końcu jest ciepło i orzeźwienie potrzebne jest pod każda postacią. Dziś jest to pyszny, gęsty i orzeźwiający koktajl owocowy z naturalnym jogurtem.


Dla dwóch osób:

półtorej szklanki truskawek
dojrzały banan
kilka listków świeżej mięty
duży kubek naturalnego jogurtu
dwie łyżeczki trzcinowego cukru

opcjonalnie mleko dla rozrzedzenia

Truskawki umyłam i obrałam, pokroiłam na mniejsze kawałki i wrzuciłam do blendera. Banana obrałam, pokroiłam i również wylądował w blenderze. Dodałam opłukane listki mięty i jogurt. Zmiksowałam na gładko. Jeśli smoothie jest zbyt kwaśny dodajemy cukier, a gdy troszkę zbyt gęsty to zimne mleko lub kostki lodu. Wszystkie składniki uprzednio schłodziłam.

Smacznego! ;))

wtorek, 11 czerwca 2013

Ciasteczka z masłem orzechowym.

Od dłuższego czasu korciło mnie by zrobić coś słodkiego z masłem orzechowym. To idealne połączenie słodkiego wypieku z lekko wyczuwalną słoną nutą i cudownym aromatem orzeszków.


Na 30 ciasteczek:

170g zimnej margaryny
3/4 szklanki trzcinowego cukru
dwie szklanki mąki pszennej typu 650
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
pięć dużych łyżek masła orzechowego

Miękką margarynę z cukrem utarłam tak jak robi się to w przypadku ucieranej babki. Nie przejmowałam się, że cukier się całkowicie nie rozpuścił. Po upieczeniu pięknie błyszczy na ciastkach. Do utartego tłuszczu z cukrem dodałam mąkę, sól i proszek. Te składniki wcierałam w słodki tłuszcz za pomocą łyżki. Chwilkę to trwa, ale jest to iście terapeutyczne zajęcie. Masa jest dosyć sypka i właśnie teraz należy dodawać masło orzechowe. Przyjęła pięć solidnych łyżek, aż dało się zrobić kuleczki. Moje masło było domowej roboty, lekko ziarniste co wzbogaca konsystencję ciastek.

Z powstałej masy nabierałam łyżeczkę i formowałam z niej kulki wielkości małego orzecha włoskiego. Podobnej wielkości jak w przepisie na ciasteczka kawowe w czekoladzie. Od razu je rozpłaszczałam na grubość około pół centymetra. Na brzegach mogą lekko pękać, ale to tylko doda im uroku. Wstawiłam je na chwile do lodówki, żeby się schłodziły. Przez co po upieczeniu będą bardziej kruche.

Na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyłam dwadzieścia placuszków w równych odstępach. Można piec po piętnaście sztuk to będą dwie równe partie. Piekłam je w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce przez 13 minut. Czekałam, aż tylko brzegi lekko zaczną się rumienić. Warto też zerknąć pod spód jednego ciastka, powinien być ładnie rumiany i wyraźnie ciemniejszy niż wierzch. Ciastka były miękkie, więc przydała mi się do zdejmowania staruszka szpatułka do tortu. Równie dobrze można użyć zwykłego noża do masła. Przełożyłam je na cienką blaszkę, ale lepiej użyć kratki. Ciastka muszą ostygnąć by nabrać chrupkości. Takie ciastka łatwo przepiec i wtedy powstają sucharki.

Przez masło orzechowe ostudzone ciasteczka są jakby lekko ciągnące, gumiaste w środku. To nie wina niedopieczenia ;).

Smacznego!

wtorek, 4 czerwca 2013

Ciasteczka kokosowe w czekoladzie.

Po powrocie z koncertu z Warszawy staram się wrócić do normalnego życia, a co za tym idzie mam do nadrobienia trochę przepisów na blogu. Jako pierwsze proponuję Wam pyszne i łatwe ciasteczka.


Na około 40 przepysznych ciasteczek:

250g kostka masła lub margaryny
3/4 szklanki trzcinowego cukru
pięć kopiastych łyżek wiórków kokosowych
dwie szklanki mąki pszennej typu 650 - minus jedna kopiasta łyżka
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia

Miękką margarynę zmiksowałam z cukrem, można ją też utrzeć tak jak robi się to w przypadku ucieranej babki. Nie przejmowałam się, że cukier się całkowicie nie rozpuścił. Po upieczeniu pięknie błyszczy na ciastkach. Do utartego tłuszczu z cukrem dodałam kokos, mąkę, sól i proszek. Te składniki wcierałam w słodki tłuszcz za pomocą łyżki. Chwilkę to trwa, ale jest to iście terapeutyczne zajęcie.

Z powstałej masy nabierałam niepełną łyżeczkę i formowałam z niej kulki wielkości małego orzecha włoskiego. Podobnej wielkości jak w przepisie na ciasteczka kawowe w czekoladzie. Od razu je rozpłaszczałam na grubość około pół centymetra. Na brzegach mogą lekko pękać, bo kokos wchłania dużo wilgoci. Wstawiłam je na chwile do lodówki, żeby się schłodziły. Przez co po upieczeniu będą bardziej kruche.

Na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyłam dwadzieścia placuszków w równych odstępach. W czterech rzędach po pięć sztuk. Piekłam je w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce przez 13-15 minut. Czekałam, aż tylko brzegi lekko zaczną się rumienić. Ciastka były miękkie, więc przydała mi się do zdejmowania staruszka szpatułka do tortu. Równie dobrze można użyć zwykłego noża do masła. Przełożyłam je na cienką blaszkę, ale lepiej użyć kratki. Ciastka muszą ostygnąć by nabrać chrupkości.Te ciastka łatwo przepiec i wtedy powstają sucharki. Ja po 12 minutach wyjmuję jedno i gdy lekko przestygnie to próbuję. Trzeba wyczuć idealny dla nas moment. Jeśli jednak wyjdą troszkę za suche to nic straconego. Po posmarowaniu czekoladą nasiąkną nią troszkę i nie powinny być twarde.




dekoracja ciastek:

100g czekolady 70%
wiórki do udekorowania czekolady






Czekoladę połamałam i włożyłam do miseczki, którą umieściłam na garnku z gorącą wodą. W sumie nie włączałam nawet palnika, bo ciepło wody z czajnika wystarczyło. Miseczkę z polewą zostawiłam nad kąpielą wodną i za pomocą spodu małej łyżeczki smarowałam wierzch ostudzonych ciasteczek. Każde posmarowane czekoladą ciasteczko zanurzałam we wiórkach kokosowych wysypanych do miseczki, by się do niej przykleiły. Tak przygotowane ciastka ozdobiłam mazami z pozostałej rozpuszczonej czekolady. Zostawiłam je na noc rozłożone na folii aluminiowej by czekolada stężała. Po zastygnięciu nie trzeba ich przechowywać w lodówce. Ciastka włożyłam do plastikowego pojemniczka wyłożonego serwetką i pojechały ze mną na spotkanie ze znajomymi. Wygląda na to, że smakowały ;)

Smacznego! ;))

piątek, 31 maja 2013

Śląski kołocz z serem, makiem i kruszonką.

Mama mówiła, że zawsze nam taki piekła gdy byliśmy mali. Pomagała mi w przygotowaniach, a w kuchni co chwilę było słychać: "mamo, tak dobrze?". Niby takie ciasto można tutaj kupić w prawie każdym sklepie, ale nie ma to jak wspólnie przygotowywane domowe wypieki.
Pewnie znajdą się i tacy, którzy powiedzą że to nie stało koło śląskiego kołocza. Jednak u mnie, w moim śląskim domu jest właśnie taka tradycja i takie ciasto piekło się od pokoleń.


Na blachę o wymiarach 37cm x21cm i wysoka na 7cm*:

ciasto drożdżowe:
półtorej szklanki mąki pszennej typu 650
dwie łyżki cukru trzcinowego
szczypta soli
pół paczki suchych drożdży 7g
dwie łyżki mąki ziemniaczanej
150ml mleka
25g masła

Do miski wsypałam obie mąki, cukier, sól oraz drożdże. Przemieszałam składniki placem i dolałam ciepłe mleko. Drewnianą łyżką mieszałam, aż powstała w miarę zwarta i lekko lepka kulka. Dodałam rozpuszczone masło i już za pomocą ręki wtłoczyłam je do ciasta. Chwilę to trwało, bo ciasto jest dosyć miękkie. Do mleka i masła używam zawsze tego samego garnuszka, po co sobie dokładać zmywania ;). Chwilkę gniotłam ciasto, aż wchłonęło masło. Przykryłam ściereczką i odstawiłam w ciepłe miejsce na około godzinę. W tym czasie przygotowałam masę makowa i serową.

masa makowa:
350ml suchego maku
pół litra wrzątku

75g rodzynek
1/4 szklanki trzcinowego cukru

Suchy mak zmieliłam w młynku. Jeśli ktoś nie ma młynka to już teraz da się kupić zmielony mak bez dodatków. W takiej samej paczce co ten suchy. Do garnuszka z wrzątkiem wrzuciłam rodzynki. Na wolnym ogniu chwilkę gotowałam, a kiedy ładnie napuchły wrzuciłam zmielony mak. Zdjęłam garnek z ognia i dokładnie wymieszałam mak z wodą i rodzinkami. Powstała przyjemnie wilgotna, ale nie lejąca masa. Musi się łatwo nabierać na łyżkę. Mieszankę należy ostrożnie podgrzać bo łatwo się przypala. Dodałam cukier i po dokładnym wymieszaniu spróbowałam czy masa jest dosyć słodka. Mak w sumie wystarczy zaparzyć, nie trzeba go mocno smażyć bo będzie przesuszony. Jeśli macie wątpliwości to podczas pieczenia część wilgoci przecież odparuje.

masa serowa:
500g twarogu sernikowego
dwie kostki chudego twarogu u mnie 2x275g
150g trzcinowego cukru
paczka waniliowego budyniu
łyżeczka proszku do pieczenia

Miękki ser przełożyłam do miski i wymieszałam z cukrem, budyniem oraz proszkiem. Na koniec wkruszyłam chudy ser i wymieszałam. Masa jest dosyć gęsta, a pod wpływem proszku zrobi się puszysta.

kruszonka:
szklanka mąki pszennej typu 650
szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej typu 1850
200g margaryny do pieczenia lub masła
łyżeczka proszku do pieczenia

dwie łyżeczki greckiego jogurtu
dwie łyżki gorzkiego kakao

Mąki i proszek wsypałam do miski i dodałam do nich pokrojony w mniejsze kawałki tłuszcz. Palcami ucierałam składniki, aż połączyły się w miarę zwartą, ale lekko kruszącą się kulkę. Dodałam wtedy grecki jogurtu i masa zaczęła się lekko lepić. Z całości oderwałam 1/3 masy i odłożyłam do lodówki. Do reszty wgniotłam ciemne kakao. Podzielić można ją też inaczej, ale ja zdecydowanie bardziej wolę kakaowa kruszonkę. Ciemną część także włożyłam do lodówki. Uprzednio jednak dobrze jest je zawinąć w folię lub włożyć do woreczka. Inaczej może się na nich zrobić sucha skorupka.


Gdy drożdżowe ciasto już nam pięknie wyrośnie należy wyłożyć formę papierem do pieczenia. Lekko pomoczonymi w ciepłej wodzie palcami równo rozprowadzić ciasto na dnie blachy. Wyłożoną ciastem formę należy ostawić w ciepłe miejsce na jakieś 10 minut by znów lekko podrosło. Na górę wyłożyłam całą masę serową i w równych odstępach za pomocą łyżki porobiłam w niej rowki w które ponakładałam mak. W rogu blachy zostawiłam ser, później pasek maku i znów ser. Powstały z tego naprzemienne, ukośne paski. Dzięki temu krojąc ciasto każdy dostanie kawałek z serem i makiem. Kruszonkę wyjęłam z lodówki i układałam ją plackami w niewielkich odstępach tak by na maku była jasna, a na serze ciemna łatka. Przerwy w kruszonce wypełniłam pozostałą ciemną.

Piekłam przez godzinę bez termoobiegu na środkowej półce w temperaturze 175 stopni.
Wystający ser powinien się zarumienić i przy dotknięciu stawiać lekki opór. Tym razem sposób z patyczkiem się nie sprawdzi, bo ciasto samo w sobie jest dosyć wilgotne. Dla pewności zostawiam je zawsze w stygnącym piekarniku. Gorące jest pyszne, ale pełnię smaku uzyskuje na drugi dzień. Na noc ciasto przykrywam folią.

My całą blachę wrąbaliśmy w trzy dni. Było tak pyszne, że nie mogłam się od niego oderwać...





Smacznego! ;))











*blaszkę zawsze mierzę od spodu, bo rozszerza się ku górze.


czwartek, 23 maja 2013

Półkruche ciasto o owocami i kruszonką.

Jest to chyba moje ulubione letnie ciasto! Pasują do niego dosłownie każde owoce. Nawet z brzoskwiniami z puszki smakowało obłędnie. Tym razem wpakowałam je do odrobinę za małej formy i wyrosło gigantyczne, ale nie myślcie że jest suche! Co to to nie! Jest niezwykle delikatne i wilgotne. Nawet takiego giganta przyjemnie się je ;). Jednak następnym razem użyję większej blachy.


Do formy minimum 22cm x18cm:

ciasto:
trzy szklanki mąki pszennej typu 650
dwie kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej
3/4 szklanki cukru trzcinowego
125g zimnej margaryny lub masła
dojrzały mały banan
trzy kopiaste łyżki greckiego jogurtu
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
cztery łyżki zimnej wody

Suche składniki wsypałam do miski i rozcierając palcami połączyłam z zimnym tłuszczem pokrojonym w mniejsze kawałki. Do tej jeszcze w miarę suchej masy dodałam jogurt i pogniecionego widelcem banana z dodatkiem wody. Wymieszałam całość i dało się z tego uformować zwartą, ale lekko lepką kulkę. Nie przejmujcie się jeśli będzie widać kawałki masła.
Ciasto zawinęłam w folię i wstawiłam na jakieś pół godziny do lodówki.

owoce:
650ml startych na grubej tarce jabłek
650ml posiekanego rabarbaru
szczypta cynamonu

Jabłka umyłam i obrałam, utarłam na tarce, do nich dodałam obrany i pokrojony rabarbar. Posypałam całość cynamonem i wymieszałam. Nie dodaję cukru, bo kruszonka i ciasto są wystarczająco słodkie. Owocowy, lekko kwaśny akcent jest idealnym dopełnieniem.
Podaję takie dziwne miary, bo nie mam wagi, a nie każde trzy średnie jabłka są takie same.

kruszonka:
130g zimnej margaryny lub masła
pół szklanki trzcinowego cukru
półtorej szklanki mąki pszennej typu 650

Składniki utarłam palcami w misce. Nie jest to całkiem zwarta kruszonka, a taka idealna do posypania. Bardzo smaczna, lekko chrupiąca, złocista i nie jest twarda po upieczeniu.


Do wyłożonej papierem do pieczenia formy włożyłam wyjęte z lodówki ciasto. Papier zawsze daję tak by wystawał poza formę i w razie potrzeby utrzymał ciasto. Starałam się ręką dokładnie rozprowadzić je po całej blaszce. Jeśli komuś nie odpowiada lekko lepkie ciasto może zmoczyć palce. Na równo rozłożone ciasto wyłożyłam odciśnięte z soku owoce. Pozostały sok jest bardzo smaczny i z przyjemnością go wypiłam. Owoce posypałam kruszonką. Ciasto piekłam przez godzinę w 180 stopniach, bez termoobiegu na środkowej półce. Po tym czasie trzeba sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest upieczone, patyczek powinien być suchy, a kruszonka rumiana. Jeśli w czasie pieczenia wierzch za szybko się rumieni, należy go przykryć kawałkiem papieru do pieczenia i zdjąć na kilka minut przed końcem pieczenia.

Smacznego! ;))

niedziela, 19 maja 2013

Ciasteczka kawowe w czekoladzie.

Zainspirowana przepisem z bloga 2smaki i potrzebą spotkania z kolegą bawiłam się w ciasteczka. Tak się składa, że w moim domu rozpuszczalna kawa jest tylko zbożowa to przepis jest zmieniony. Lubię korzystać z tego co już mam.
Na spotkaniu była duża kawa i ciastka z podwójną dawką kawy ;).


Na około 50 przepysznych ciasteczek:

250g kostka masła lub margaryny
3/4 szklanki trzcinowego cukru
50ml suchej mielonej kawy tj. dwie miarki*
dwie szklanki mąki pszennej typu 650
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia

Miękką margarynę zmiksowałam z cukrem, można ją też utrzeć tak jak robi się to w przypadku ucieranej babki. Nie przejmowałam się, że cukier się całkowicie nie rozpuścił. Po upieczeniu pięknie błyszczy na ciastkach. Do utartego tłuszczu z cukrem dodałam kawę, mąkę, sól i proszek. Te składniki wcierałam w słodki tłuszcz za pomocą łyżki. Chwilkę to trwa, ale jest to iście terapeutyczne zajęcie.




Z powstałej masy nabierałam niepełną łyżeczkę
i formowałam z niej kulki wielkości małego orzecha włoskiego. Dla uproszczenia zamieszczam zdjęcie porównawcze ;).  






Na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyłam dwadzieścia kuleczek w równych odstępach. W czterech rzędach po pięć sztuk. Rozpłaszczałam je lekko by ciastka po upieczeniu były cieńsze, ale nie trzeba tego robić. Wtedy wychodzą grubsze i są lekko wilgotne i miękkie w środku. Piekłam je w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce przez 15-17 minut. Czekałam, aż brzegi zaczną się rumienić. Ciastka były miękkie, więc przydała mi się do zdejmowania staruszka szpatułka do tortu. Równie dobrze można użyć zwykłego noża do masła. Przełożyłam je na cienką blaszkę, ale lepiej użyć kratki. Ciastka muszą ostygnąć by nabrać chrupkości. Bez polewy są dla mnie odrobinę zbyt słodkie.

polewa na ciastka:

100g czekolady 70%
25ml suchej mielonej kawy tj. jedna miarka*

Czekoladę połamałam i włożyłam do miseczki, którą umieściłam na garnku z gorącą wodą. W sumie nie włączałam nawet palnika, bo ciepło wody z czajnika wystarczyło. Gdy czekolada była w połowie rozpuszczona dosypałam miarkę kawy i dokładnie wmieszałam. Na początku może się wydać, że masa jest za sucha, ale potrzeba cierpliwości z mieszaniem. Miseczkę z polewą zostawiłam nad kąpielą wodną i za pomocą spodu małej łyżeczki smarowałam wierzch ostudzonych ciasteczek. Zostawiłam je na noc rozłożone na folii aluminiowej by czekolada stężała. Po zastygnięciu nie trzeba ich przechowywać w lodówce. Ciastka przetrwały nawet podróż pociągiem w upale i się nie posklejały. Plastikowy pojemniczek wyłożyłam serwetką i na niej poukładałam ciastka.

* chodzi o taką kawę do zaparzania, fusiastą zwaną ;).

Uwaga! Są mocno wciągające! ;))

Smacznego! ;))

środa, 15 maja 2013

Babeczki z rabarbarem i nutą cynamonu.

Kiedy w końcu udało mi się dostać rabarbar, chciałam z niego zrobić wszystko na raz! Od kompotu poprzez tartę, ale na pierwszy ogień poszły babeczki! Niezwykle wilgotne, pulchne i delikatne. Połączenie słodkiego ciasta i kwaskowatego rabarbaru, najlepsze ;).


Na 12 babeczek:

dwie szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki płatków owsianych błyskawicznych
kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
pół szklanki cukru trzcinowego
10-15 słodzików
cztery łyżki ciepłej wody
1/3 szklanki oleju
szklanka maślanki
pełna szklanka rabarbaru
1/3 łyżeczki sproszkowanego cynamonu

Słodzik rozpuściłam w kieliszku w czterech łyżkach ciepłej wody. Rabarbar pokroiłam w niewielkie kawałki i zasypałam cukrem, dodałam rozpuszczony słodzik i cynamon. Wymieszałam w małej misce i zostawiłam na chwilkę, aby lekko puścił sok. W tym czasie wymieszałam w misce suche składniki, a do nich wlałam olej i maślankę. Dodałam rabarbar i wymieszałam całość. Masa wychodzi dosyć gęsta, więc za pomocą łyżki i łyżeczki przekładałam ją do wcześniej przygotowanych papilotek. Wypełniłam je prawie całkowicie.
Piekłam przez pół godziny w temperaturze 180 stopni bez termoobiegu. Po 25 minutach sprawdziłam patyczkiem i był jeszcze lepki, więc musiały się dopiec. Po upieczeniu wyjęłam z formy i studziłam na kratce. Na ciepło papilotki ciężko schodziły, ale już dziś rano nie było z tym problemu.

Smacznego! ;))

sobota, 4 maja 2013

Jaśminowy ryż na mleku z rodzynkami.

Nikogo chyba nie powinno dziwić, że na śniadanie zachciało mi się czegoś ciepłego. Bardzo lubię taki ryż, jest aromatyczny i przyjemnie rozgrzewa. Często robię go wieczorem, a rano tylko odgrzewam.


Na dwa razy:

100ml ryżu jaśminowego
100ml wody
320ml mleka
dwie łyżki cukru trzcinowego
garść rodzynek
pół łyżeczki masła

Rodzynki wsypuję do miski i zalewam wrzątkiem a jakieś 10 minut, mieszam je co jakiś czas by zaczęły pęcznieć. Gdy już widać, że rodzynki są w połowie drogi zabieram się za ryż.
Do garnka z nieprzywierającym dnem wsypuję ryż, dolewam wodę i po wymieszaniu mleko. Stawiam garnek na bardzo małym ogniu i od czasu do czasu sobie o nim przypominam by pomieszać. Gdy mleko zaczyna parować odcedzam rodzynki i dodaję je do garnka. Ponownie mieszam i czekam, aż całość lekko zmieni kolor pod wpływem rodzynek. Nie słodziłam do tej pory, bo rodzynki mimo namoczenia i tak oddadzą dużo słodyczy. Dodaję dwie łyżki trzcinowego cukru i mieszam. Ostatnim razem dodałam trzy łyżki i po ugotowaniu było zdecydowanie za słodkie. Kiedy ryż zgęstnieje trzeba go pilnować by się nie przypalił, a gdy jest już miękki dodaje kawałek masła. Rozpuszczam go mieszając, przykrywam garnek pokrywką, odstawiam na jakieś 10 minut by ryż troszkę ostygł i napęczniał.

Następnego dnia dolewam odrobinę mleka i powoli odgrzewam.

Smacznego! ;)

piątek, 3 maja 2013

Ciastka francuskie krok po kroku.

Zawsze miałam problem ze składaniem wiatraczków, bo źle robiłam nacięcia. Kiedy już mniej bardziej umiem to może komuś przydadzą się moje pyszne obrazki ;).


Potrzebujemy:

paczkę ciasta francuskiego
resztę brzoskwiń w lekkim syropie lub inne owoce czy dżem
niemielony mak
opcjonalnie cukier do posypania

Płat ciasta rozwijamy i kroimy na w miarę równe kwadraty. Bierzemy się na formowanie ciastek.

                             


Ciastka zawinęłam jak widać na powyższych obrazkach. Położyłam na środek kawałek brzoskwini i całe ciastko delikatnie posmarowałam syropem z owoców. Posypałam makiem i gotowe. My nie lubimy mocno słodkich ciastek, ale podejrzewam że reszta świata może także posypać ciasteczka brązowym cukrem. Przełożyłam je ostrożnie na papier do pieczenia. Lepiej byłoby je formować od razu na nim ;). 

Należy je piec przez 15-20 minut w 200 stopniach, aż się zarumienią. 


Smacznego! ;))

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Drożdżówki z serem.

Nikt nie wierzył, że uda mi się zrobić pyszne drożdżówki bez jajek, ale się udało! Cudownie miękkie i proste w przygotowaniu, jednak musi to trochę potrwać. Przecież wiecie, że warto ;).


ciasto drożdżowe:
trzy szklanki mąki pszennej typu 650
suche drożdże paczka 7g
3/4 szklanki cukru
trzy kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej
szklanka ciepłego mleka
pięć łyżek wody
kilka kropli aromatu waniliowego
1/4 z 250g kostki margaryny lub masła

Do miski wsypałam mąkę, cukier, mąkę ziemniaczaną i drożdże. Palcem wymieszałam suche składniki i wlałam ciepłe mleko z wodą i aromatem. Wszystko razem ogrzałam w małym garnuszku. Drewnianą łyżką połączyłam składniki z miski. W międzyczasie w garnuszku po mleku rozpuszczam masło i odstawiam, żeby przestygło. Gdy było letnie wlałam do wymieszanego ciasta i już za pomocą najlepszego narzędzia czyli ręki wtłaczam tłuszcz do środka. Ciasto powinno być delikatnie lepkie, sprężyste i dosyć miękkie w dotyku, przyjemne nawet bym powiedziała. Uformowałam z niego coś na kształt kulki, przykryłam miskę ściereczką i odstawiłam w ciepłe miejsce na minimum półtorej godziny. Po tym czasie ciasto bardzo wyrosło.



serowa wkładka:
500g twarogu sernikowego
150g białego chudego sera
trzy łyżki trzcinowego cukru

Miękki ser wyłożyłam do miski i do niego pokruszyłam ten chudy. Dodałam cukier i dokładnie wymieszałam, co jakiś czas powtarzając tę czynność by cukier się rozpuścił. Ser nie powinien być bardzo słodki. Teki lekko kwaskowy idealne równoważy się z resztą.

lukier:
około szklanki cukru pudru
trzy łyżki gorącej wody
sok z połowy niewielkiej cytryny

Cukier puder wsypałam do miseczki, dolałam gorącej wody. Za pomocą łyżki zaczęłam ucierać masę by nie było grudek. Stopniowo dodawałam sok z cytryny.

Nie jestem wielbicielką lukru, ale tutaj jest on potrzebny. Ta drożdżówka bez niego jest smaczna, ale czegoś jej brakuje. Mój Poznaniak mógłby powiedzieć, że szneka musi być z glancem! ;)


Wyrośnięte ciasto podzieliłam na pół. Wyłożyłam jedną część na lekko oprószony stół i rozwałkowałam na kształt prostokąta na grubość mniej więcej pół centymetra. Ów prostokąt przekroiłam na krzyż by powstały cztery równe części. Na dolną połowę każdej z nich nałożyłam po dwie łyżki sera, tak by brzegi nie były nim pokryte, bo trzeba je skleić. Górną nie posmarowaną częścią przykryłam ser i zacisnęłam brzegi, które lekko podwinęłam pod spód. Wyglądało to jak przerośnięty i kanciasty pieróg. Z resztą postąpiłam podobnie. Przełożyłam je na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i ostrym nożem zrobiłam im na górze niezbyt głębokie nacięcia. Nóż nawet nie ubrudził się serem. Odstawiłam na jakieś 20 minut do ponownego wyrośnięcia.

Drugą połowę ciasta również rozwałkowałam na prostokąt, ale tym razem nie cięłam go od razu. Posmarowałam serem, również tak by brzegi nie były nim pokryte. Boki ciasta zagięłam tak by powstało coś w rodzaju zakładki. Czyli lewy bok złożyłam do połowy placka, a prawy tak by na jakieś dwa centymetry zachodził na ten poprzedni. Delikatnie docisnęłam brzegi, powstał nam cienki prostokąt od środka pokryty serem. Ostrym nożem pocięłam go w paski o grubości 5cm tak by po bokach wystawał ser. Każdy taki pasek wzięłam do ręki i trzymając za oba końce jeden z nich przekręciłam, by jego góra stała się dołem. Powstało coś na kształt wykręconej kokardki. Te również należy położyć na papierze do pieczenia i odstawić w ciepłe miejsce do ponownego wyrośnięcia. Trzeba zostawić między nimi trochę miejsca, by miały gdzie rosnąć. Moje się lekko połączyły, ale to nic nie szkodzi.


Oba rodzaje drożdżówek  piekłam dokładnie tak samo. Przez pół godziny w temperaturze 180 stopni bez termoobiegu. Grzanie od góry i od dołu. Muszą być rumiane, a ser nie może już bulgotać.

Ciepłe drożdżówki przełożyłam za pomocą szpatułki do tortu na świeży papier do pieczenia i obficie posmarowałam lukrem. Moje były jeszcze za ciepłe, bo lukier elegancko z nich spływał, ale nie mogłam się doczekać by ich spróbować! Więc letnie już drożdżówki smarujemy lukrem, nie gorące tak jak ja ;)).


Dużo prościej się je robi niż o tym pisze! ;)

Smacznego!