Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bez jajek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bez jajek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 września 2013

Burgery z ciecierzycy i dyni.

Gdy słyszę jak moja mama zagaduje "wiesz co... zjadłabym takie dobre kotlety z bułką jak Ty robisz!". Co mam zrobić jak nie zabrać się do pracy? ;) Za każdym razem są trochę inne, bo z tego co mam w danej chwili w domu. Masę zawsze robię na zapas i za każdym razem smażę świeże kotlety. Odgrzane też są dobre, ale komu by się chciało stać nad patelnią i tyle na raz smażyć? Szanujmy swój cenny czas!

Zapraszam Was dziś na burgera cudownie delikatnego, z dyni i ciecierzycy!


Na około 17-20 kotletów:

dwie szklanki suchych nasion ciecierzycy
listek laurowy
trzy duże kulki ziela angielskiego

700g dojrzałej dyni olbrzymiej
trzy łyżki siemienia lnianego
trzy łyżki ziaren sezamu
trzy duże ząbki czosnku
centymetrowy kawałek imbiru
kawałek ostrej papryczki chili
spora garść rukoli
trzy duże listki szałwii
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
trzy kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej

około 100ml wody z gotowania ciecierzycy

Za przygotowanie ciecierzycy trzeba zabrać się dzień wcześniej. Ziarna należy umyć pod bieżąca zimną woda i zostawić w celu namoczenia co najmniej na noc w dużej ilości ziemnej wody.

Następnego dnia gotuję ją do miękkości z dodatkiem ziela angielskiego i listka laurowego. Nie solimy jej, bo długo będzie twarda. Po ugotowaniu nie odlewam wody i łyżką cedzakową przekładam ziarna do malaksera. Mi wyszło na trzy razy i każdą z porcji miksowałam na gładszą. W pierwszej zostawiłam trochę większe kawałki, aby wzbogaciły konsystencję kotlecików. Następna była drobniejsza, a ostatnia na prawie gładką masę, aby była lekko papkowata i posklejała składniki. Gdy ciężko się miksuje dolewam odrobinę wody, dlatego pojawiła się w przepisie.

Podczas gotowania ziaren zajmuję się dynią. Obieram ją ze skórki i wydrążam środek. Nie wyrzucam pestek tylko je czyszczę i układam na ręczniku papierowym by wyschły. Można je później zjeść lub do czegoś dodać. Oczyszczoną dynie myje i trę na grubej jarzynowej tarce. Dodaję do rozdrobnionej cieciorki. Wcieram imbir oraz obrane ząbki czosnku. Drobno siekam chili oraz umytą rukolę, razem z siemieniem i sezamem dodaję do reszty składników. Mieszam ręką uzbrojoną w gumową rękawiczkę. Na koniec stopniowo dodaję mąkę ziemniaczaną by zagęściła całość. Masę trzeba bardzo dokładnie wymieszać.
Kotlety formowałam rękami w rękawiczkach. Powinny się dać łatwo kształtować. Masa jest miękka i delikatna, ale się nie rozpływa. Warto upiec kotlecika kontrolnego i sprawdzić smak oraz konsystencję. Moim była potrzebna solidna szczypta soli i dokładka chili. Usmażyłam tylko tyle kotletów ile oszacowałam, ze zjemy na raz. No może o jeden więcej ;). Resztę masy przełożyłam do plastikowego pojemniczka, zamknęłam i schowałam w lodówce. Przed kolejnym smażeniem ponownie trzeba wymieszać. Wytrzymała w lodówce cztery dni, potem się skończyła ;). Podczas pobytu w lodówce smaki pięknie się przegryzły!






Podałam je z pełnoziarnista kajzerką, keczupem, domowym ogórkiem kiszonym i sałata dębową. Pyszności!


Smakują również jako dodatek do obiadu. Były pyszne ze smażonymi ziemniakami i cukinią.
                    


Smacznego! ;))

poniedziałek, 8 lipca 2013

Babeczki z masłem orzechowym i czekoladą.

Na przekór wszystkiemu miałam ochotę na babeczki bez owoców. Wiadomo, że sezon i trzeba korzystać ale dziś miałam ochotę zgrzeszyć ;). Do tego walała mi się po domu resztka orzeszków, a że lubię robić coś z tego co już mam w domu to do dzieła! Jak pewnie zauważycie to babeczki są wegańskie, co podwójnie mnie cieszy... Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i jadłam jeszcze ciepłe. Wyszły puszyste w środku, wilgotne i jakby lekko lepkie za sprawą masła orzechowego. No i ten chrupiący wierzch, moje małe niebo ;).


Proporcje na 12 babeczek:

zrobiłam domowe masło orzechowe, wychodzi pięć łyżek i jest lekko płynne. Celowo takie jest, bo do babeczek nie dodaję więcej tłuszczu. Tak więc:

150ml wyłuskanych orzeszków ziemnych
sześć dużych łyżek delikatnego oleju
duża szczypta soli morskiej

Całość potraktowałam malakserem i gotowe. Zawsze zostawiam małe kawałeczki orzechów. Wzbogacają konsystencję całości.

dwie szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki cukru trzcinowego
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka sody
piętnaście słodzików
szklanka zimnej wody

50g deserowej czekolady


Do miski wsypałam suche składniki, dodałam do nich drobno posiekaną czekoladę. Można ją również utrzeć na grubej tarce, tak będzie szybciej. Słodzik rozpuściłam w łyżce gorącej wody, którą proporcjonalnie odjęłam z planowanej szklanki wody. Wymieszałam suche składniki i wlałam wodę. Po dokładnym wymieszaniu wychodzi lekko lepkie, ale bardzo przyjemne ciasto. Łatwo je się nakłada do foremek, które zrobiłam z papieru do pieczenia. Inaczej do zwykłych papilotek babeczki bardzo mocno by się przykleiły. Chcąc tego uniknąć i nie musieć dodawać więcej oleju do przepisu wykorzystałam papier. Wycięłam z niego około 13cm kwadraty i je umieściłam w formie do pieczenia. Nakładałam po około półtorej łyżki ciasta.

Piekłam przez 15 minut w temperaturze 180 stopni, na środkowej półce bez termoobiegu. 

Po upieczeniu bez problemu dają się obrać z papierka ;).

Smacznego!

niedziela, 30 czerwca 2013

Babeczki marchewkowe.

Tak! Wegańskie marchewkowe babeczki to coś o czym od dawna marzyłam! W prawie wszystkich przepisach jest tona jajek lub jakieś wymyślne składniki, których musiałbym poszukiwać. Moim sekretnym składnikiem jest domowy dżem dyniowy, który mam jeszcze w piwnicy ;).


Na 12 cudownie wilgotnych i delikatnych babeczek:

półtorej szklanki mąki pszennej typu 650
1/3 szklanki cukru trzcinowego
szczypta soli
1/4 łyżeczki cynamonu
płaska łyżeczka sody
łyżeczka proszku do pieczenia

szklanka gładkiego dyniowego dżemu, można zastąpić musem morelowym lub jabłkowym
ubita szklanka marchwi utartej na drobnych oczkach
pół szklanki drobnych rodzynek
pół szklanki posiekanych suszonych śliwek
1/3 szklanki oleju rzepakowego

Suche składniki wsypałam do miski i wymieszałam łyżką. Dałam do nich marchew, dżem, olej oraz bakalie. Wymieszałam, Pierw wydawało mi się, ze całość będzie za sucha ale po chwili marchew puściła sok i dało się dokładnie wymieszać. Masa była lepka i łatwo nakładało się ją do papilotek.


Babeczki piekłam przez 20 minut w temperaturze
180 stopni bez termoobiegu na środkowej półce. Jak to przy wypiekach pod koniec pieczenia należy sprawdzić patyczkiem czy są suche. Tu nie będą do końca suche. Patyczek będzie lepki, ale nie ubrudzony ciastem. Po upieczeniu wyjęłam je z formy i studziłam na kratce. Nie bójcie się jeśli babeczki będą miękkie. Takie mają być. Przy stygnięciu będą nabierać odpowiedniej konsystencji.





Używam do nich papilotek zrobionych z papieru do pieczenia (kawałek około 12cm/12cm dopasowuję do formy na babeczki), bo takie zwykłe się przykleją i ciężko będzie je wyjąć. Spowodowane jest to niską zawartością tłuszczu. Za to można zjeść dodatkową babeczkę! I oczywiście takie wycięte samodzielnie z papieru wychodzą dużo taniej.

Smacznego! ;)

czwartek, 27 czerwca 2013

Placuszki z truskawkami.

Zazwyczaj takie placuszki robiłam z jabłkami, ale skoro mamy sezon na truskawki to dlaczego nie zrobić ich z nimi? Są wyjątkowo pyszne, a sok z owoców nadał plackom specyficznego koloru.


Na około 16 placuszków:

szklanka mąki pszennej razowej
szklanka mąki pszennej typu 650
kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej
pięć łyżek błyskawicznych płatków owsianych
szklanka mleka
szklanka kefiru
łyżka gorącej wody
dziesięć słodzików
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka sody

dwie szklanki pokrojonych w plastry truskawek

olej rzepakowy do smażenia

Do miski wsypałam suche składniki, wymieszałam i powoli wlewałam do nich płyny. Podobno jeśli w ten sposób łączy się składniki to nie ma grudek. Nawet jak są to mi niespecjalnie przeszkadzają, ale tu faktycznie ich nie było ;). Moje truskawki były dosyć kwaśne stąd w przepisie słodzik. Rozpuściłam go w łyżce gorącej wody. Wymieszane ciasto odstawiam na jakieś 10 minut, by mąka całkowicie wchłonęła wilgoć. Masa powinna być dosyć gęsta, podobna do kwaśnej śmietany.

Opłukałam i obrałam truskawki. Pokroiłam je w plasterki i wrzuciłam do gęstej masy. Delikatnie wymieszałam. Masę powinno się dosyć łatwo nabierać duża łyżką. Na niewielkiej ilości rozgrzanego tłuszczu smażyłam placuszki z dwóch łyżek masy. Kontrolowałam by w każdym było odpowiednio kawałków truskawek. Gdy placki są rumiane i zaczynają skwierczeć to znak, że są gotowe. Truskawki zaczną też puszczać sok. Jeśli zostawimy je dłużej na patelni to zacznie się przypalać.

Gdyby placuszki ciężko się przewracało i gdyby się rozpadały należy dodać jeszcze trochę mąki.

Jeśli placuszki będą dla Was mało słodkie, śmiało polejcie je miodem. Pasuje idealnie.

Smacznego! ;)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Babeczki owsiane.

To idealne babeczki zarówno na deser jak i na śniadanie. Te są bez bakalii, ale jadłam je z truskawkowo rabarbarowym dżemem.  Zazwyczaj dorzucam jakąś resztę rodzynek czy suszonych śliwek.


Na 12 babeczek:

półtorej szklanki błyskawicznych płatków owsianych
szklanka mąki pszennej typu 650
pół szklanki cukru trzcinowego
szczypta cynamonu
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej
trzy łyżki wody
sześć łyżek oleju
szklanka mleka może być roślinne

dowolne bakalie około pół szklanki

Suszone śliwki czy morele warto pokroić na mniejsze kawałki, bo po upieczeniu będzie się ciężko jadło. Rodzynki czy żurawina są odpowiedniej wielkości. 

Jeśli rezygnujemy z bakalii warto dosypać jeszcze ze dwie łyżki cukru.

W wersji dietetycznej cały cukier zastępuję słodzikiem. W takim przypadku zazwyczaj próbuję surowe ciasto i w razie potrzeby dosładzam. Należy jednak pamiętać, że suszone owoce same w sobie są dosyć słodkie.


Wszystkie suche składniki wsypuję do miski. Dodaję składniki mokre i mieszam. Wsypuję bakalie i po wymieszaniu ciasto od razu przekładam do papilotek w foremce. Przed mieszaniem składników rozgrzewam piekarnik. Piekę przez około 17-20 minut w temperaturze 180 stopni bez termoobiegu na środkowej półce. Pod koniec pieczenia warto sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest już upieczone.

Można użyć do nich papilotek zrobionych z papieru do pieczenia (kawałek około 12cm/12cm dopasowuję do formy na babeczki), bo takie zwykłe mogą się przykleić  i ciężko będzie je wyjąć. Spowodowane jest to niską zawartością tłuszczu. Za to można zjeść dodatkową babeczkę! I oczywiście takie wycięte samodzielnie z papieru wychodzą dużo taniej. 

Smacznego! ;))

czwartek, 20 czerwca 2013

Czekoladowe babeczki z truskawkami i migdałową posypką.

Są truskawki, więc trzeba je wykorzystać do wszystkiego. Takich babeczek jeszcze nie było ;).


Na 12 babeczek:

175g margaryny
szklanka mleka może być roślinne
trzy łyżki wody
100g gorzkiej czekolady 70%
3/4 szklanki cukru trzcinowego lub około 25 słodzików
dwie kopiaste łyżki ciemnego kakao
dwie i pół szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki płatków owsianych górskich
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
dwanaście dorodnych truskawek
dziesięć migdałów

Do garnka wlałam mleko, dodałam tłuszcz i pokruszoną czekoladę. Jeśli wybierzecie słodzik to rozpuszczam go w tych trzech łyżkach ciepłej wody. Jeśli cukier to wlewamy do garnka wodę i wsypujemy cukier. Rozpuszczamy wszystko i odstawiamy do ostudzenia.
Do miski wsypujemy mąkę, proszek, kakao, sól oraz płatki. mieszamy i wlewamy do tego przestudzoną miksturę z garnka. Mieszamy i powinna wyjść z tego dosyć gęsta i łatwa do nabrania łyżką masa. Przekładamy ją do papilotek. Do każdej wkładamy umyte, obrane i przekrojone na cztery truskawki. Posypujemy uprzednio zmielonymi migdałami lub migdałowymi płatkami. Co tam mamy pod ręką.

Piekłam 15-17 minut w 180 stopniach na środkowej półce bez termoobiegu. Po 15 minutach sprawdzamy patyczkiem w miejscu gdzie nie ma truskawki czy ciasto jest już suche. Najlepiej zrobić to na środku, bo tam może gromadzić się wilgoć z owoców.

Gorące są pyszne, ale lekko się rozpadają. Po wystygnięciu są suche, ale na drugi dzień są już cudownie wilgotne. Takie smakują mi najlepiej ;).

Smacznego! ;))

czwartek, 13 czerwca 2013

Zapiekanka ziemniaczana.

Uwielbiamy ziemniaki pod każda postacią jednak ciężko jeszcze o krajowe młode w rozsądnej cenie, więc by nie zwariować można kreatywnie wykorzystać te stare. Dobrze smakują tłuczone, a i zapiekanki z nich pyszne. Cała moc tkwi w dodatkach i aromatycznym sosie.


Na pięć porcji:

jedenaście średnich ziemniaków
pół kilograma pieczarek
trzy duże cebule
płatki chili
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
olej rzepakowy

Ziemniaki obrałam, umyłam i ugotowałam na półtwardo w osolonej wodzie. Odlałam i zostawiłam by lekko przestygły. Pieczarki obrałam, pokroiłam i usmażyłam na niewielkiej ilości oleju. Doprawiłam je pieprzem i solą. Cebulę obrałam i przekroiłam na pół i pokroiłam w plasterki. Zeszkliłam ją na oleju ze szczyptą soli i płatków chili.

sos:
400g jogurtu naturalnego
dwie kopiaste łyżki koncentratu pomidorowego
sześć dużych ząbków czosnku
gałązka rozmarynu
dwie łyżki drobno utartego żółtego sera

Do miseczki przełożyłam jogurt i koncentrat. Dodałam sporo soli i świeżo mielonego pieprzu. Na drobnej tarce starłam czosnki i dodałam do miseczki. Drobno posiekałam rozmaryn razem z niezdrewniałą gałązką. Dodałam też drobno utarty żółty ser by razem z koncentratem podczas zapiekania scalił wszystkie składniki.

trochę sera żółtego do posypania po górze


Zapiekankę robiłam w formie o wymiarach 22cm x18cm. Może być coś podobnego, a najlepiej naczynie żaroodporne do zapiekania, którego jakoś nie mogę się dorobić ;).
Dno naczynia przykryłam cienką warstwą sosu, jakieś dwie kopiaste łyżki. Na niego obok siebie poukładałam pokrojone w grube, bo około centymetrowe plastry ziemniaki. Na nie położyłam pieczarki i na to nałożyłam sos, tak by je pokrył. Na sos znów dałam ziemniaki. Kolejny przyszła cebula, ziemniaki i reszta sosu. Oczywiście możecie zmodyfikować piętra według własnych upodobań i np.: wymieszać pieczarki z cebulą lub dodać blanszowane brokuły. Ja lubię używać tego co mam w domu. Formę przykryłam folią aluminiową w której porobiłam dziurki. Zapiekałam przez godzinę w 180 stopniach. Po tym czasie zdjęłam folię na jakieś 10-15 minut by zapiekanka od góry lekko się przyrumieniła. W tym czasie trzeba do niej zaglądać, bo sos może się przypalić. Gdy stopień zarumienienia mi odpowiadał posypałam po wierzchu serem i dałam mu chwilę by się zapiekł.

Smacznego! ;))

wtorek, 4 czerwca 2013

Ciasteczka kokosowe w czekoladzie.

Po powrocie z koncertu z Warszawy staram się wrócić do normalnego życia, a co za tym idzie mam do nadrobienia trochę przepisów na blogu. Jako pierwsze proponuję Wam pyszne i łatwe ciasteczka.


Na około 40 przepysznych ciasteczek:

250g kostka masła lub margaryny
3/4 szklanki trzcinowego cukru
pięć kopiastych łyżek wiórków kokosowych
dwie szklanki mąki pszennej typu 650 - minus jedna kopiasta łyżka
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia

Miękką margarynę zmiksowałam z cukrem, można ją też utrzeć tak jak robi się to w przypadku ucieranej babki. Nie przejmowałam się, że cukier się całkowicie nie rozpuścił. Po upieczeniu pięknie błyszczy na ciastkach. Do utartego tłuszczu z cukrem dodałam kokos, mąkę, sól i proszek. Te składniki wcierałam w słodki tłuszcz za pomocą łyżki. Chwilkę to trwa, ale jest to iście terapeutyczne zajęcie.

Z powstałej masy nabierałam niepełną łyżeczkę i formowałam z niej kulki wielkości małego orzecha włoskiego. Podobnej wielkości jak w przepisie na ciasteczka kawowe w czekoladzie. Od razu je rozpłaszczałam na grubość około pół centymetra. Na brzegach mogą lekko pękać, bo kokos wchłania dużo wilgoci. Wstawiłam je na chwile do lodówki, żeby się schłodziły. Przez co po upieczeniu będą bardziej kruche.

Na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyłam dwadzieścia placuszków w równych odstępach. W czterech rzędach po pięć sztuk. Piekłam je w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce przez 13-15 minut. Czekałam, aż tylko brzegi lekko zaczną się rumienić. Ciastka były miękkie, więc przydała mi się do zdejmowania staruszka szpatułka do tortu. Równie dobrze można użyć zwykłego noża do masła. Przełożyłam je na cienką blaszkę, ale lepiej użyć kratki. Ciastka muszą ostygnąć by nabrać chrupkości.Te ciastka łatwo przepiec i wtedy powstają sucharki. Ja po 12 minutach wyjmuję jedno i gdy lekko przestygnie to próbuję. Trzeba wyczuć idealny dla nas moment. Jeśli jednak wyjdą troszkę za suche to nic straconego. Po posmarowaniu czekoladą nasiąkną nią troszkę i nie powinny być twarde.




dekoracja ciastek:

100g czekolady 70%
wiórki do udekorowania czekolady






Czekoladę połamałam i włożyłam do miseczki, którą umieściłam na garnku z gorącą wodą. W sumie nie włączałam nawet palnika, bo ciepło wody z czajnika wystarczyło. Miseczkę z polewą zostawiłam nad kąpielą wodną i za pomocą spodu małej łyżeczki smarowałam wierzch ostudzonych ciasteczek. Każde posmarowane czekoladą ciasteczko zanurzałam we wiórkach kokosowych wysypanych do miseczki, by się do niej przykleiły. Tak przygotowane ciastka ozdobiłam mazami z pozostałej rozpuszczonej czekolady. Zostawiłam je na noc rozłożone na folii aluminiowej by czekolada stężała. Po zastygnięciu nie trzeba ich przechowywać w lodówce. Ciastka włożyłam do plastikowego pojemniczka wyłożonego serwetką i pojechały ze mną na spotkanie ze znajomymi. Wygląda na to, że smakowały ;)

Smacznego! ;))

piątek, 31 maja 2013

Śląski kołocz z serem, makiem i kruszonką.

Mama mówiła, że zawsze nam taki piekła gdy byliśmy mali. Pomagała mi w przygotowaniach, a w kuchni co chwilę było słychać: "mamo, tak dobrze?". Niby takie ciasto można tutaj kupić w prawie każdym sklepie, ale nie ma to jak wspólnie przygotowywane domowe wypieki.
Pewnie znajdą się i tacy, którzy powiedzą że to nie stało koło śląskiego kołocza. Jednak u mnie, w moim śląskim domu jest właśnie taka tradycja i takie ciasto piekło się od pokoleń.


Na blachę o wymiarach 37cm x21cm i wysoka na 7cm*:

ciasto drożdżowe:
półtorej szklanki mąki pszennej typu 650
dwie łyżki cukru trzcinowego
szczypta soli
pół paczki suchych drożdży 7g
dwie łyżki mąki ziemniaczanej
150ml mleka
25g masła

Do miski wsypałam obie mąki, cukier, sól oraz drożdże. Przemieszałam składniki placem i dolałam ciepłe mleko. Drewnianą łyżką mieszałam, aż powstała w miarę zwarta i lekko lepka kulka. Dodałam rozpuszczone masło i już za pomocą ręki wtłoczyłam je do ciasta. Chwilę to trwało, bo ciasto jest dosyć miękkie. Do mleka i masła używam zawsze tego samego garnuszka, po co sobie dokładać zmywania ;). Chwilkę gniotłam ciasto, aż wchłonęło masło. Przykryłam ściereczką i odstawiłam w ciepłe miejsce na około godzinę. W tym czasie przygotowałam masę makowa i serową.

masa makowa:
350ml suchego maku
pół litra wrzątku

75g rodzynek
1/4 szklanki trzcinowego cukru

Suchy mak zmieliłam w młynku. Jeśli ktoś nie ma młynka to już teraz da się kupić zmielony mak bez dodatków. W takiej samej paczce co ten suchy. Do garnuszka z wrzątkiem wrzuciłam rodzynki. Na wolnym ogniu chwilkę gotowałam, a kiedy ładnie napuchły wrzuciłam zmielony mak. Zdjęłam garnek z ognia i dokładnie wymieszałam mak z wodą i rodzinkami. Powstała przyjemnie wilgotna, ale nie lejąca masa. Musi się łatwo nabierać na łyżkę. Mieszankę należy ostrożnie podgrzać bo łatwo się przypala. Dodałam cukier i po dokładnym wymieszaniu spróbowałam czy masa jest dosyć słodka. Mak w sumie wystarczy zaparzyć, nie trzeba go mocno smażyć bo będzie przesuszony. Jeśli macie wątpliwości to podczas pieczenia część wilgoci przecież odparuje.

masa serowa:
500g twarogu sernikowego
dwie kostki chudego twarogu u mnie 2x275g
150g trzcinowego cukru
paczka waniliowego budyniu
łyżeczka proszku do pieczenia

Miękki ser przełożyłam do miski i wymieszałam z cukrem, budyniem oraz proszkiem. Na koniec wkruszyłam chudy ser i wymieszałam. Masa jest dosyć gęsta, a pod wpływem proszku zrobi się puszysta.

kruszonka:
szklanka mąki pszennej typu 650
szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej typu 1850
200g margaryny do pieczenia lub masła
łyżeczka proszku do pieczenia

dwie łyżeczki greckiego jogurtu
dwie łyżki gorzkiego kakao

Mąki i proszek wsypałam do miski i dodałam do nich pokrojony w mniejsze kawałki tłuszcz. Palcami ucierałam składniki, aż połączyły się w miarę zwartą, ale lekko kruszącą się kulkę. Dodałam wtedy grecki jogurtu i masa zaczęła się lekko lepić. Z całości oderwałam 1/3 masy i odłożyłam do lodówki. Do reszty wgniotłam ciemne kakao. Podzielić można ją też inaczej, ale ja zdecydowanie bardziej wolę kakaowa kruszonkę. Ciemną część także włożyłam do lodówki. Uprzednio jednak dobrze jest je zawinąć w folię lub włożyć do woreczka. Inaczej może się na nich zrobić sucha skorupka.


Gdy drożdżowe ciasto już nam pięknie wyrośnie należy wyłożyć formę papierem do pieczenia. Lekko pomoczonymi w ciepłej wodzie palcami równo rozprowadzić ciasto na dnie blachy. Wyłożoną ciastem formę należy ostawić w ciepłe miejsce na jakieś 10 minut by znów lekko podrosło. Na górę wyłożyłam całą masę serową i w równych odstępach za pomocą łyżki porobiłam w niej rowki w które ponakładałam mak. W rogu blachy zostawiłam ser, później pasek maku i znów ser. Powstały z tego naprzemienne, ukośne paski. Dzięki temu krojąc ciasto każdy dostanie kawałek z serem i makiem. Kruszonkę wyjęłam z lodówki i układałam ją plackami w niewielkich odstępach tak by na maku była jasna, a na serze ciemna łatka. Przerwy w kruszonce wypełniłam pozostałą ciemną.

Piekłam przez godzinę bez termoobiegu na środkowej półce w temperaturze 175 stopni.
Wystający ser powinien się zarumienić i przy dotknięciu stawiać lekki opór. Tym razem sposób z patyczkiem się nie sprawdzi, bo ciasto samo w sobie jest dosyć wilgotne. Dla pewności zostawiam je zawsze w stygnącym piekarniku. Gorące jest pyszne, ale pełnię smaku uzyskuje na drugi dzień. Na noc ciasto przykrywam folią.

My całą blachę wrąbaliśmy w trzy dni. Było tak pyszne, że nie mogłam się od niego oderwać...





Smacznego! ;))











*blaszkę zawsze mierzę od spodu, bo rozszerza się ku górze.


czwartek, 23 maja 2013

Półkruche ciasto o owocami i kruszonką.

Jest to chyba moje ulubione letnie ciasto! Pasują do niego dosłownie każde owoce. Nawet z brzoskwiniami z puszki smakowało obłędnie. Tym razem wpakowałam je do odrobinę za małej formy i wyrosło gigantyczne, ale nie myślcie że jest suche! Co to to nie! Jest niezwykle delikatne i wilgotne. Nawet takiego giganta przyjemnie się je ;). Jednak następnym razem użyję większej blachy.


Do formy minimum 22cm x18cm:

ciasto:
trzy szklanki mąki pszennej typu 650
dwie kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej
3/4 szklanki cukru trzcinowego
125g zimnej margaryny lub masła
dojrzały mały banan
trzy kopiaste łyżki greckiego jogurtu
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
cztery łyżki zimnej wody

Suche składniki wsypałam do miski i rozcierając palcami połączyłam z zimnym tłuszczem pokrojonym w mniejsze kawałki. Do tej jeszcze w miarę suchej masy dodałam jogurt i pogniecionego widelcem banana z dodatkiem wody. Wymieszałam całość i dało się z tego uformować zwartą, ale lekko lepką kulkę. Nie przejmujcie się jeśli będzie widać kawałki masła.
Ciasto zawinęłam w folię i wstawiłam na jakieś pół godziny do lodówki.

owoce:
650ml startych na grubej tarce jabłek
650ml posiekanego rabarbaru
szczypta cynamonu

Jabłka umyłam i obrałam, utarłam na tarce, do nich dodałam obrany i pokrojony rabarbar. Posypałam całość cynamonem i wymieszałam. Nie dodaję cukru, bo kruszonka i ciasto są wystarczająco słodkie. Owocowy, lekko kwaśny akcent jest idealnym dopełnieniem.
Podaję takie dziwne miary, bo nie mam wagi, a nie każde trzy średnie jabłka są takie same.

kruszonka:
130g zimnej margaryny lub masła
pół szklanki trzcinowego cukru
półtorej szklanki mąki pszennej typu 650

Składniki utarłam palcami w misce. Nie jest to całkiem zwarta kruszonka, a taka idealna do posypania. Bardzo smaczna, lekko chrupiąca, złocista i nie jest twarda po upieczeniu.


Do wyłożonej papierem do pieczenia formy włożyłam wyjęte z lodówki ciasto. Papier zawsze daję tak by wystawał poza formę i w razie potrzeby utrzymał ciasto. Starałam się ręką dokładnie rozprowadzić je po całej blaszce. Jeśli komuś nie odpowiada lekko lepkie ciasto może zmoczyć palce. Na równo rozłożone ciasto wyłożyłam odciśnięte z soku owoce. Pozostały sok jest bardzo smaczny i z przyjemnością go wypiłam. Owoce posypałam kruszonką. Ciasto piekłam przez godzinę w 180 stopniach, bez termoobiegu na środkowej półce. Po tym czasie trzeba sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest upieczone, patyczek powinien być suchy, a kruszonka rumiana. Jeśli w czasie pieczenia wierzch za szybko się rumieni, należy go przykryć kawałkiem papieru do pieczenia i zdjąć na kilka minut przed końcem pieczenia.

Smacznego! ;))

niedziela, 19 maja 2013

Ciasteczka kawowe w czekoladzie.

Zainspirowana przepisem z bloga 2smaki i potrzebą spotkania z kolegą bawiłam się w ciasteczka. Tak się składa, że w moim domu rozpuszczalna kawa jest tylko zbożowa to przepis jest zmieniony. Lubię korzystać z tego co już mam.
Na spotkaniu była duża kawa i ciastka z podwójną dawką kawy ;).


Na około 50 przepysznych ciasteczek:

250g kostka masła lub margaryny
3/4 szklanki trzcinowego cukru
50ml suchej mielonej kawy tj. dwie miarki*
dwie szklanki mąki pszennej typu 650
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia

Miękką margarynę zmiksowałam z cukrem, można ją też utrzeć tak jak robi się to w przypadku ucieranej babki. Nie przejmowałam się, że cukier się całkowicie nie rozpuścił. Po upieczeniu pięknie błyszczy na ciastkach. Do utartego tłuszczu z cukrem dodałam kawę, mąkę, sól i proszek. Te składniki wcierałam w słodki tłuszcz za pomocą łyżki. Chwilkę to trwa, ale jest to iście terapeutyczne zajęcie.




Z powstałej masy nabierałam niepełną łyżeczkę
i formowałam z niej kulki wielkości małego orzecha włoskiego. Dla uproszczenia zamieszczam zdjęcie porównawcze ;).  






Na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyłam dwadzieścia kuleczek w równych odstępach. W czterech rzędach po pięć sztuk. Rozpłaszczałam je lekko by ciastka po upieczeniu były cieńsze, ale nie trzeba tego robić. Wtedy wychodzą grubsze i są lekko wilgotne i miękkie w środku. Piekłam je w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce przez 15-17 minut. Czekałam, aż brzegi zaczną się rumienić. Ciastka były miękkie, więc przydała mi się do zdejmowania staruszka szpatułka do tortu. Równie dobrze można użyć zwykłego noża do masła. Przełożyłam je na cienką blaszkę, ale lepiej użyć kratki. Ciastka muszą ostygnąć by nabrać chrupkości. Bez polewy są dla mnie odrobinę zbyt słodkie.

polewa na ciastka:

100g czekolady 70%
25ml suchej mielonej kawy tj. jedna miarka*

Czekoladę połamałam i włożyłam do miseczki, którą umieściłam na garnku z gorącą wodą. W sumie nie włączałam nawet palnika, bo ciepło wody z czajnika wystarczyło. Gdy czekolada była w połowie rozpuszczona dosypałam miarkę kawy i dokładnie wmieszałam. Na początku może się wydać, że masa jest za sucha, ale potrzeba cierpliwości z mieszaniem. Miseczkę z polewą zostawiłam nad kąpielą wodną i za pomocą spodu małej łyżeczki smarowałam wierzch ostudzonych ciasteczek. Zostawiłam je na noc rozłożone na folii aluminiowej by czekolada stężała. Po zastygnięciu nie trzeba ich przechowywać w lodówce. Ciastka przetrwały nawet podróż pociągiem w upale i się nie posklejały. Plastikowy pojemniczek wyłożyłam serwetką i na niej poukładałam ciastka.

* chodzi o taką kawę do zaparzania, fusiastą zwaną ;).

Uwaga! Są mocno wciągające! ;))

Smacznego! ;))

środa, 15 maja 2013

Babeczki z rabarbarem i nutą cynamonu.

Kiedy w końcu udało mi się dostać rabarbar, chciałam z niego zrobić wszystko na raz! Od kompotu poprzez tartę, ale na pierwszy ogień poszły babeczki! Niezwykle wilgotne, pulchne i delikatne. Połączenie słodkiego ciasta i kwaskowatego rabarbaru, najlepsze ;).


Na 12 babeczek:

dwie szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki płatków owsianych błyskawicznych
kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
pół szklanki cukru trzcinowego
10-15 słodzików
cztery łyżki ciepłej wody
1/3 szklanki oleju
szklanka maślanki
pełna szklanka rabarbaru
1/3 łyżeczki sproszkowanego cynamonu

Słodzik rozpuściłam w kieliszku w czterech łyżkach ciepłej wody. Rabarbar pokroiłam w niewielkie kawałki i zasypałam cukrem, dodałam rozpuszczony słodzik i cynamon. Wymieszałam w małej misce i zostawiłam na chwilkę, aby lekko puścił sok. W tym czasie wymieszałam w misce suche składniki, a do nich wlałam olej i maślankę. Dodałam rabarbar i wymieszałam całość. Masa wychodzi dosyć gęsta, więc za pomocą łyżki i łyżeczki przekładałam ją do wcześniej przygotowanych papilotek. Wypełniłam je prawie całkowicie.
Piekłam przez pół godziny w temperaturze 180 stopni bez termoobiegu. Po 25 minutach sprawdziłam patyczkiem i był jeszcze lepki, więc musiały się dopiec. Po upieczeniu wyjęłam z formy i studziłam na kratce. Na ciepło papilotki ciężko schodziły, ale już dziś rano nie było z tym problemu.

Smacznego! ;))

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Drożdżówki z serem.

Nikt nie wierzył, że uda mi się zrobić pyszne drożdżówki bez jajek, ale się udało! Cudownie miękkie i proste w przygotowaniu, jednak musi to trochę potrwać. Przecież wiecie, że warto ;).


ciasto drożdżowe:
trzy szklanki mąki pszennej typu 650
suche drożdże paczka 7g
3/4 szklanki cukru
trzy kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej
szklanka ciepłego mleka
pięć łyżek wody
kilka kropli aromatu waniliowego
1/4 z 250g kostki margaryny lub masła

Do miski wsypałam mąkę, cukier, mąkę ziemniaczaną i drożdże. Palcem wymieszałam suche składniki i wlałam ciepłe mleko z wodą i aromatem. Wszystko razem ogrzałam w małym garnuszku. Drewnianą łyżką połączyłam składniki z miski. W międzyczasie w garnuszku po mleku rozpuszczam masło i odstawiam, żeby przestygło. Gdy było letnie wlałam do wymieszanego ciasta i już za pomocą najlepszego narzędzia czyli ręki wtłaczam tłuszcz do środka. Ciasto powinno być delikatnie lepkie, sprężyste i dosyć miękkie w dotyku, przyjemne nawet bym powiedziała. Uformowałam z niego coś na kształt kulki, przykryłam miskę ściereczką i odstawiłam w ciepłe miejsce na minimum półtorej godziny. Po tym czasie ciasto bardzo wyrosło.



serowa wkładka:
500g twarogu sernikowego
150g białego chudego sera
trzy łyżki trzcinowego cukru

Miękki ser wyłożyłam do miski i do niego pokruszyłam ten chudy. Dodałam cukier i dokładnie wymieszałam, co jakiś czas powtarzając tę czynność by cukier się rozpuścił. Ser nie powinien być bardzo słodki. Teki lekko kwaskowy idealne równoważy się z resztą.

lukier:
około szklanki cukru pudru
trzy łyżki gorącej wody
sok z połowy niewielkiej cytryny

Cukier puder wsypałam do miseczki, dolałam gorącej wody. Za pomocą łyżki zaczęłam ucierać masę by nie było grudek. Stopniowo dodawałam sok z cytryny.

Nie jestem wielbicielką lukru, ale tutaj jest on potrzebny. Ta drożdżówka bez niego jest smaczna, ale czegoś jej brakuje. Mój Poznaniak mógłby powiedzieć, że szneka musi być z glancem! ;)


Wyrośnięte ciasto podzieliłam na pół. Wyłożyłam jedną część na lekko oprószony stół i rozwałkowałam na kształt prostokąta na grubość mniej więcej pół centymetra. Ów prostokąt przekroiłam na krzyż by powstały cztery równe części. Na dolną połowę każdej z nich nałożyłam po dwie łyżki sera, tak by brzegi nie były nim pokryte, bo trzeba je skleić. Górną nie posmarowaną częścią przykryłam ser i zacisnęłam brzegi, które lekko podwinęłam pod spód. Wyglądało to jak przerośnięty i kanciasty pieróg. Z resztą postąpiłam podobnie. Przełożyłam je na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i ostrym nożem zrobiłam im na górze niezbyt głębokie nacięcia. Nóż nawet nie ubrudził się serem. Odstawiłam na jakieś 20 minut do ponownego wyrośnięcia.

Drugą połowę ciasta również rozwałkowałam na prostokąt, ale tym razem nie cięłam go od razu. Posmarowałam serem, również tak by brzegi nie były nim pokryte. Boki ciasta zagięłam tak by powstało coś w rodzaju zakładki. Czyli lewy bok złożyłam do połowy placka, a prawy tak by na jakieś dwa centymetry zachodził na ten poprzedni. Delikatnie docisnęłam brzegi, powstał nam cienki prostokąt od środka pokryty serem. Ostrym nożem pocięłam go w paski o grubości 5cm tak by po bokach wystawał ser. Każdy taki pasek wzięłam do ręki i trzymając za oba końce jeden z nich przekręciłam, by jego góra stała się dołem. Powstało coś na kształt wykręconej kokardki. Te również należy położyć na papierze do pieczenia i odstawić w ciepłe miejsce do ponownego wyrośnięcia. Trzeba zostawić między nimi trochę miejsca, by miały gdzie rosnąć. Moje się lekko połączyły, ale to nic nie szkodzi.


Oba rodzaje drożdżówek  piekłam dokładnie tak samo. Przez pół godziny w temperaturze 180 stopni bez termoobiegu. Grzanie od góry i od dołu. Muszą być rumiane, a ser nie może już bulgotać.

Ciepłe drożdżówki przełożyłam za pomocą szpatułki do tortu na świeży papier do pieczenia i obficie posmarowałam lukrem. Moje były jeszcze za ciepłe, bo lukier elegancko z nich spływał, ale nie mogłam się doczekać by ich spróbować! Więc letnie już drożdżówki smarujemy lukrem, nie gorące tak jak ja ;)).


Dużo prościej się je robi niż o tym pisze! ;)

Smacznego!

piątek, 26 kwietnia 2013

Czekoladowe ciasto na kefirze.

Delikatne ciasto z wilgotnym wnętrzem i chrupiącą skórką. O wyraźnym czekoladowym smaku. Bez brudzenia połowy naczyń i sprzętów, bo mieszane łyżką ;).


dwie i pół szklanki mąki pszennej typu 650
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
trzy kopiaste łyżki gorzkiego kakao
dwie szklanki kefiru w temperaturze pokojowej
osiem łyżek wody
3/4 szklanki cukru trzcinowego
pół szklanki delikatnego oleju


Wszystkie składniki umieściłam w misce. Jednak oleju nalałam nieco mniej i dopełniłam do połowy szklanki trzema łyżkami oleju z orzechów włoskich dla aromatu, ale nie trzeba tego robić. Całość wymieszałam łyżką i przełożyłam do tortownicy o wymiarach  20cm x20cm x7cm wysokości. Spód wyłożyłam krążkiem papieru do pieczenia. Piekłam przez godzinę w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce. W międzyczasie zdarzyło mi się sprawdzić patyczkiem czy ciasto już się upiekło. Patyczek musi być suchy. Gorące ciasto jest lekko lepkie.

Smacznego! ;))

czwartek, 25 kwietnia 2013

Drożdżówki, bułeczki maślane z kruszonką.

Jeśli ktoś z Was tak jak ja, po drodze do szkoły wcinał świeżutkie drożdżówki z kruszonką to będzie zachwycony tym przepisem. Jest to kolejny smak dzieciństwa, teraz takie kupne drożdżówki nie smakują już tak samo. Te są idealne. Od wczoraj z mamą zjadłyśmy prawie wszystkie. Dobrze, że dwie jeszcze są ;).


ciasto:
trzy szklanki mąki pszennej typu 650
trzy lub cztery łyżki cukru trzcinowego
szczypta soli
paczka suchych drożdży 7g
trzy kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej
300ml mleka
50g masła

Do miski wsypałam obie mąki, cukier, sól oraz drożdże. Przemieszałam składniki placem i dolałam ciepłe mleko. Drewnianą łyżką mieszałam, aż powstała w miarę zwarta i lekko lepka kulka. Dodałam rozpuszczone masło i już za pomocą ręki wtłoczyłam je do ciasta. Chwilę to trwało, bo ciasto jest dosyć miękkie. Do mleka i masła używam zawsze tego samego garnuszka, po co sobie dokładać zmywania ;). Chwilkę gniotłam ciasto, aż wchłonęło masło.


Uformowałam z niego kulkę, miskę przykryłam ściereczką, odstawiłam w ciepłe miejsce i zapomniałam o nim na jakieś półtorej godziny. Mocno wyrosło i płasko wypełniło miskę do połowy.

Po wyrośnięciu na oprószony mąką stół wyrzuciłam ciasto odwracając miskę. Samo się lekko rozpłaszczyło i wystarczy je tylko pokroić na w miarę równe porcje.

Do pieczenia użyłam dolnej formy ze starego prodiża o średnicy 26cm. Gdy użyjemy czegoś mniejszego to bułeczki będą wyższe.


Wyłożyłam formę papierem do pieczenia i z pokrojonych kawałków masy starałam się wyczarować kuleczki. Zostawiłam między nimi odstęp, bo znów będą rosły i się połączą.


Nakryłam ściereczką i po około 15-20 minutach można było sypać kruszonką.

kruszonka:
pół szklanki mąki
dwie łyżki cukru
duża łyżka miękkiego masła

Do miski włożyłam wszystkie składniki i ucierałam je palcami, by powstało coś konsystencją przypominające płatki owsiane. Posypałam nią połączone bułeczki. Jeśli ktoś lub mniej kruszonki może o połowę zmniejszyć ilość składników. Ale kruszonka dobra rzecz przecież! ;))


Tak przygotowane bułeczki piekłam przez 35 minut w temperaturze 180 stopni bez termoobiegu. Po 20 minutach wyjęłam je z pieca i podnosząc za papier sprawdziłam czy od dołu są porządnie rumiane, nie były więc wylądowały znów w piekarniku.

Po upieczeniu wyjęłam je z formy i nadal w papierze studziłam na kratce.


Smacznego! ;))

środa, 6 marca 2013

Langosze.


Zabierałam się za nie przez ponad pół roku, a wczoraj wieczorem klamka zapadła. Przeczytałam co najmniej kilka różnych przepisów i skomponowałam własny. Może do oryginalnych langoszy im daleko, ale wszystkim bardzo smakowały i na pewno jeszcze zagoszczą na naszym stole.


Na pięć sporych i bardzo sycących placków:

trzy szklanki mąki pszennej typu 650
paczka suchych drożdży
łyżeczka cukru i soli
szklanka letniej wody
dwa średnie ziemniaki
olej rzepakowy do smażenia
żółty ser
keczup

Ziemniaki obieram i gotuję do miękkości w lekko osolonej wodzie. Odlewam i traktuję je tłuczkiem do ziemniaków na w miarę gładką masę. Przekładam do dużej miski i czekam, aż lekko ostygną. Nie mogą być gorące, bo zabiją drożdże. Za to lekko ciepłe pomogą im pracować. Więc gdy ziemniaki już nie parzą dosypuję do nich mąkę, drożdże, sól, cukier i powoli dolewam wodę. Mieszam całość drewnianą łyżką. Wyrabiam chwilkę, aby połączyć i napowietrzyć masę. Formuję w kulkę, posypuję z wierzchu mąką, nakrywam ściereczką i odstawiam na godzinę w ciepłe miejsce. Po tym czasie masa była dwa razy większa i wypełniła prawie całą miskę.


Nie smażyłam langoszy w głębokim tłuszczu, a jedynie nalałam tyle oleju by placek był do połowy zanurzony i nie pływał. Oprószonymi mąką rękami urywałam kawałki wielkości pięści i po obsypaniu mąką rozciągałam je na placki. Właściwie to rozciągają się same, bo są dosyć delikatne. Nie wałkowałam ich, bo nie chciałam wydusić z nich powietrza. Przy smażeniu robiły się przyjemne pęcherze. Ostrożnie wkładam uformowany placek do gorącego oleju. Smażyłam aż zarumienił się od dołu, a po bokach było widać, że ciasto już nie jest surowe. Odwróciłam placek, ostrożnie przyłożyłam do niego papierowy ręczniczek by usunąć z zagłębień nadmiar tłuszczu. Polałam sosem z marynowanej cebulki czy też dołożyłam cebulkę i posypałam serem. Gdy ser się rozpuścił placek był już upieczony i rumiany od spodu. Wyłożyłam placek na papierowy ręcznik i polałam keczupem. Zaskoczyło mnie to, że nie wchłonęły dużo tłuszczu. Były chrupiące z zewnątrz i puszyste w środku.

Marynowana cebulka:
Nie przepadam za surową cebulą i kiedyś chyba Jamie Oliver pokazywał w swoim programie coś podobnego. Nigdzie nie mogłam znaleźć przepisu i oto powstało coś takiego.

cztery średnie czerwone cebule
łyżka octu winnego i dwie łyżki balsamico
szczypta płatków chili
odrobina soli i pieprzu
kilka kropel tabasco

Cebule obrałam, przekroiłam na pół i pokroiłam w bardzo cienkie piórka. Dodałam pozostałe składniki i zaczęłam ugniatać całość ręką. Przyda się do tego lateksowa rękawiczka, bo chili może podrażnić skórę. Gniotę całość, aż zacznie puszczać sok. Odstawiam na jakieś 10 minut by się przegryzło. Oczywiście próbuję i w razie potrzeby doprawiam. Całość powinna być pikantno-słodko-kwaśna. Pod wpływem kwasu zawartego w occie cebulka traci ostrość i mięknie.

Smacznego! ;))

sobota, 9 lutego 2013

Wegańskie pączki.

Z racji na miniony Tłusty Czwartek, mamie zachciało się pączków. Od lat nie jem kupnych, więc postanowiłam zrobić swoje. W końcu mamie się nie odmawia ;).

Na 64 małe pączki wycinane foremkami do ciasteczek:
2,5 szklanki mąki pszennej typu 650
szklanka ciepłej wody
opakowanie suszonych drożdży
duża łyżka cukru
cztery łyżki oleju
łyżka octu
pół litra oleju rzepakowego do smażenia

Mąkę wsypałam do miski razem z cukrem i drożdżami. Wlałam olej, ocet i stopniowo dolewałam wodę. Chwilę wyrabiałam drewnianą łyżką, aż ciasto było lekko lepkie. Posypałam z wierzchu mąką, przykryłam ściereczką i odstawiłam na godzinę w ciepłe miejsce. Po wyrośnięciu odrywałam niewielkie kawałki ciasta i oprószonym mąką wałkiem robiłam około pół centymetrowe placki z których foremką do ciastek wycinałam pączki. Wycięte układałam na oprószonej mąka desce i dałam im dwadzieścia minut na ponowne wyrośnięcie. W garnku rozgrzałam olej i smażyłam maleństwo w niewielkich porcjach. Szybko rosły i się rumieniły. Wykładałam już gotowe na papierowy ręcznik by odsączyć nadmiar tłuszczu.










Zamiast zwykłego lukru wymieszałam naturalny jogurt z miodem. Doskonale się spisał w roli oszusta. Na górę dołożyłam odrobinę cukrowej posypki.Pączki wyszły bardzo lekkie i niezwykle smaczne.

Pierwszy raz robiłam z wegańskiego przepisu i nie sięgnę już po inny. Były zjadane jeszcze na ciepło i ze wszystkich 64 ostygnąć zdążyło może 15! ;))

Smacznego!