Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do obiadu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do obiadu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Cukinia słodko-kwaśna, na zimę.

W tym roku postanowiłam zabrać się za przetwory z cukinii! Wszędzie jest jej tak dużo, do tego w niesamowicie niskiej cenie, że żal byłoby nie skorzystać. Przygotowałam kilka wariantów smakowych, jest kwaśna jak konserwowe ogórki, jest musztardowa, pikantna z chilli i kilka słoiczków z curry. Dzisiaj jednak chciałabym Wam zaproponować opcję słodko-kwaśną. Idealna do obiadu, sałatki, na kanapki i do burgera!




Kupiłam trochę ponad 4kg mniejszych sztuk, takich z których nie trzeba usuwać nasion i skórka jest miękka.  Jeśli macie duże to skórkę można obrać, a nasiona wyjąć. Mi nie chciało się z tym bawić. Umyłam cukinię, obcięłam końcówki i pokroiłam w grube słupki uprzednio przymierzając je tak by wpasowały się do słoika. Słoiki miałam różnej wielkości, od 0,6l do litra. Z tej ilości wyszły mi 4x 0,6l i 3x 1litr. Upychałam cukinię dosyć ciasno, bo przy gotowaniu się skurczy.

Na dno każdego słoika wkładamy:

  • dwa plasterki cebuli
  • kawałek blanszowanej marchewki
  • łyżeczkę ziaren gorczycy
  • pół łyżeczki ziaren pieprzu
  • liść laurowy
  • trzy kulki ziela angielskiego
  • pół dużego baldachu kopru lub jeden mały
  • około 15cm pokrojonej na mniejsze kawałki łodygi kopru
  • ząbek czosnku
  • mały kawałek chrzanu
  • solidna łyżeczka płynnego miodu (dla wegan słód ryżowy, miód z mniszka, golden syrup)


Zalewa:

podaję proporcje do litra wody by łatwo było pomnożyć. 
  • 1 litr wody
  • 1 łyżka soli
  • 1/3 szklanki cukru
  • szklanka octu spirytusowego 10%
Zwykle na taką ilość cukinii przygotowuję 3 litr wody + 3 szklanki octu + szklanka cukru i  3 łyżki soli

Jeśli spróbujecie zalewę to musi być ona zbyt mocna w smaku by dobrze doprawić cukinię, a jednocześnie zrównoważona w smaku. Czasem trzeba dodać więcej cukru, bo cukier nie zawsze jest tak samo słodki ;)

Napakowane cukinią słoiki zalewam marynatą pod gwint i zostawiam na jakieś 15minut. W tym czasie cukinia powinna wpić część zalewy i można dolać po kilka łyżek do każdego słoika. Jeśli zostanie Wam marynata spokojnie przelejcie ją do słoika lub butelki i przechowujcie w lodówce. 

Słoiki zakręcam i pasteryzuje w dużym garnku. Stawiam słoiki na grubej ścierce tak by nie stykały się ze sobą, ani ściankami garnka czy pokrywką!, wlewam wodę na wysokość 1/3 słoika i gotuję na małym ogniu aż skórka zmieni kolor na bladozielony taki lekko żółtawy lub przez około 20 minut(na duży słoik, na mniejszy do 15 minut) na lekko chrupką, a jak wolicie miękką to spokojnie 35 minut(na duży słoik, na mniejszy do 25 minut)  może sobie pyrkotać. 

To wszystko pewnie wygląda na strasznie skomplikowane, ale jak już przygotujecie wszystkie składniki i powrzucacie je do słoika to zobaczycie jakie to łatwe! Ja od lat robię to automatycznie, a wcześniej uczyłam się pod czujnym okiem mojej mamy i zawsze bałam się, że coś zepsuję! :). 

Jeśli cokolwiek jest niejasne to piszcie śmiało!

Taka cukinia postoi w piwnicy minimum dwa lata. Dłużej nie przetrwała, bo została zjedzona! 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Ciecierzyca z warzywami.

W upał chyba nikomu jakoś specjalnie nie chce się wisieć nad garnkami, a coś gorącego zawsze przyjemnie wszamać. Moim sposobem jest ułatwienie sobie życia i wrzucenie wszystkiego na jedną patelnię. Mało mycia, mało pracy i jedzenie na kilka dni! Wyszła z tego porcja na 3-4 obiady. Jedną zjadłam zawiniętą w placek tortilli, dziś drugą tak jak na zdjęciu. Jak zjem jutro jeszcze nie wiem :).





Składniki:

dwie łyżki oleju rzepakowego
dwa ząbki czosnku
mała zielona i żółta papryka
puszka ciecierzycy
puszka kukurydzy
puszka całych pomidorów bez skóry lub 4 świeże i pokrojone pomidory lima + 100ml wody
dwie łyżeczki ziół prowansalskich
sól i pieprz do smaku

opcjonalnie czarnuszka do posypania przy podawaniu

Paprykę umyłam, oczyściłam z nasion i pokroiłam w kostkę. Na patelnię z olejem przecisnęłam przez praskę czosnek i lekko podsmażyłam by zaczął pachnieć. Dodałam pokrojoną paprykę, odlaną kukurydzę i ciecierzycę, smażyłam aż papryka zmiękła i dodałam pomidory, rozdrobniłam je za pomocą łyżki. Dodałam do smaku soli, pieprzu i roztarte w palcach zioła. Całość co jakiś czas mieszając dusiłam około 10 minut, aż do zredukowania sosu i rozpadnięcia się pomidorów. Przy podawaniu posypałam czarnuszką.


Smacznego! :)

piątek, 7 sierpnia 2015

Marynowane tofu.

W taki upał zachciało mi się siedzieć w kuchni. Za te litry potu była nagroda, najpyszniejsza ostatnio :)

Było jeszcze zimno kiedy udało mi się zaciągnąć Narzeczonego na azjatyckie pierogi na parze. Zakochałam się w sosie do maczania i tak oto próbowałam odtworzyć ten idealny smak!

Na szczęście pisząc post mogę moczyć stopy w lodowatej i pachnącej lawenda wodzie..




Dla jednej osoby:

łyżka oleju rzepakowego
duży ząbek czosnku
pół ostrej papryczki razem z pestkami
dwie łyżeczki jasnego sezamu
dwie łyżeczki cukru
dwie łyżki ciemnego sosu sojowego
cztery łyżki octu ryżowego 5%
szczypta soli

kostka naturalnego tofu
makaron soba

W małym garnuszku, na małym ogniu do łyżki oleju wrzuciłam posiekany czosnek, drobno posiekaną chilli i szczyptę soli. Kiedy zaczęły ładnie skwierczeć, a czosnek zrobił się półprzezroczysty dodałam sezam i cukier. Ciągle mieszając by nic się nie przypaliło, czekałam aż sezam zacznie pachnieć i lekko się zarumieni. Dodałam sos sojowy i ocet ryżowy. Przy dodawaniu octu lepiej się odsunąć od garnka by nie wdychać drażniących oparów. Miksturę gotowałam przez chwilę by się zredukowała.

Do jeszcze ciepłej marynaty wrzuciłam tofu pokrojone w około półcentymetrowe plastry. Delikatnie wymieszałam by kawałki dobrze pokryły się marynatą, ale jednocześnie nie pokruszyły. Zdjęłam z palnika i zostawiłam na jakieś 15 minut, by tofu wchłonęło maksymalną ilość pysznej marynaty. W tym czasie ugotowałam makaron soba. Robi się bardzo szybko, więc trzeba na niego uważać. Byłoby równie smaczne z ryżem lub duszonymi warzywami. Garnek z tofu postawiłam z powrotem na płomień by się podgrzało. Gdy marynata się zagotowała to wyjęłam z niej tofu i wrzuciłam ugotowany makaron. Wyłożyłam na talerz pokryte sosem kluski i na górę położyłam kawałki zamarynowanego, jeszcze ciepłego tofu.

Oczywiście uważajcie z chilli, ja lubię bardzo ostre rzeczy i lepiej na początek dodać mniej :)

Smacznego! <3

niedziela, 10 maja 2015

Ziołowy falafel.

Strasznie dawno nie jadłam domowego falafela. Ostatnio najczęściej jem go w "kebabie" podczas wypadów na miasto z Narzeczonym.. Jednak nie ma to jak dogodzić sobie samej ;)

                                                                                        Na sześć sztuk:

200g suchej ciecierzycy (trzeba namoczyć na noc!)
cztery duże ząbki czosnku
pół łyżeczki nasion kolendry
łyżeczka nasion czarnuszki
trzy około 5cm gałązki rozmarynu
sześć dużych liści szałwii, razem z gałązkami
cztery około 5cm gałązki tymianku
malutka suszona chili
ziołowa sól
świeżo mielony pieprz

dwie duże łyżki płatków owsianych

olej do smażenia



Wszystkie składniki przepuszczam przez maszynkę do mielenia. Partiami ciecierzyca i zioła, obrany czosnek znów ciecierzyca, na sam koniec daję płatki owsiane i w ten sposób oczyszczam trochę maszynkę z masy. Doprawiam wszystko solą i pieprzem. Po wymieszaniu zostawiam na około 10 minut by płatki owsiane wchłonęły wilgoć. Formuję zwarte kotleciki i smażę na rozgrzanym oleju. Jakby masa nie chciała się formować należy dodać odrobinę wody z moczenia ciecierzycy.




Swoje zjadłam w formie skromnego burgera na przypieczonej bułce z ogórkiem kiszonym, serem z ziołami, musztardą ziarnista i miodem. Tak skromnie, bo użyłam tego co było w domu. Ale Wy możecie zaszaleć z pomidorem, kiełkami wszelakimi, oczywiście sałatą i tym czego dusza zapragnie!

Smacznego! :)

czwartek, 19 grudnia 2013

Brukselka smażona z porem.

Dla jednych pyszności, dla większości koszmar. Sama zwykle gotowaną w zupie połykałam z zamkniętymi oczami. Jednak taka smażona jest niesamowita. Słodka, nierozmiękła i bez goryczki.
Robi się bardzo szybko i jest świetnym dodatkiem do obiadu.


Dla trzech osób:

pół kilograma małych główek brukselki
około 300g por
sól
świeżo mielony pieprz
masło lub oliwa

Z kapustek obcinam głąby i zdejmuję wierzchnie listki. Główki przekrawam na pół i układam je płasko na rozgrzanym tłuszczu. Solę obficie z wierzchu i pozwalam się kapustkom lekko skarmelizować.Gdy się przyrumienią dorzucam uprzednio umyty i pokrojony w małą kostkę por. Smażę, aż por jest miękki. Doprawiam świeżo mielonym pieprzem i w razie potrzeby dodatkową szczyptą soli.

Brukselka to źródło wielu witamin, między innymi A, B1, B2, B5, B6, C, E, B7 i K.Zjedzenie zaledwie 150g pokrywa w stu procentach dzienne zapotrzebowanie na witaminę C. Brukselka zawiera również dużo beta-karotenu – ludzki organizm zamienia go w witaminę A, niezbędną między innymi do wzrostu dzieci oraz zapewniającą dobre działanie narządu wzroku. 

100g zawiera jedynie około 35 kcal.


Do tego była bułka z dynią zapiekana z mozzarellą. Pyszności...

Smacznego! ;))

sobota, 19 października 2013

Buraki z octem balsamicznym i czosnkiem.

Buraki! Zaraz obok dyni i śliwek są moim ulubionym składnikiem jesiennej diety. Ostatnio zjadamy je do makaronów z delikatnymi sosami oraz tradycyjnie do ziemniaków.


Potrzebujemy:

niewielkie buraki
ocet balsamiczny
czosnek
posiekany koperek
sól
świeżo mielony pieprz

Buraki myję i gotuję do miękkości. Po ugotowaniu odlewam wrzątek i zalewam je zimną wodą. Dzięki temu skórka da się ściągnąć palcami. Warto robić to w gumowych rękawiczkach, bo buraki nawet cytryną ciężko zmyć ze skóry. Obrane kroję w kawałki na jeden kęs i wrzucam do szklanej miski. Przyprawiam na ciepło, bo wydaje mi się, że buraki wtedy łatwiej przyjmują inne aromaty. Doprawiam sporą szczyptą morskiej soli oraz świeżo mielonym pieprzem, dolewam balsamico, ścieram drobno czosnek i posypuję koperkiem. Mieszam całość i zostawiam na chwilę do przegryzienia.

Celowo nie podałam konkretnej ilości składników, bo wszystko zależy od naszego smaku i słodkości buraków. Dzisiejsze były słodkie i dodałam dużo więcej przypraw niż zwykle. Na dwa kilogramy buraków dodałam dużą główkę czosnku i 150ml octu balsamicznego. Może się wydawać dużo, ale im buraczki słodsze tym więcej przypraw potrzeba. Kiedy ich spróbujecie to od razu będziecie wiedzieli jakie mają być.

Najsmaczniejsze są dzień po przygotowaniu, wyjęte z lodówki godzinę przed jedzeniem.

W lodówce spokojnie powinny postać kilka dni.

Ciężko jest zrobić zdjęcie pokrojonym burakom, by ładnie wyglądały. Za to są przepyszne!

Smacznego! ;))

poniedziałek, 9 września 2013

Burgery z ciecierzycy i dyni.

Gdy słyszę jak moja mama zagaduje "wiesz co... zjadłabym takie dobre kotlety z bułką jak Ty robisz!". Co mam zrobić jak nie zabrać się do pracy? ;) Za każdym razem są trochę inne, bo z tego co mam w danej chwili w domu. Masę zawsze robię na zapas i za każdym razem smażę świeże kotlety. Odgrzane też są dobre, ale komu by się chciało stać nad patelnią i tyle na raz smażyć? Szanujmy swój cenny czas!

Zapraszam Was dziś na burgera cudownie delikatnego, z dyni i ciecierzycy!


Na około 17-20 kotletów:

dwie szklanki suchych nasion ciecierzycy
listek laurowy
trzy duże kulki ziela angielskiego

700g dojrzałej dyni olbrzymiej
trzy łyżki siemienia lnianego
trzy łyżki ziaren sezamu
trzy duże ząbki czosnku
centymetrowy kawałek imbiru
kawałek ostrej papryczki chili
spora garść rukoli
trzy duże listki szałwii
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
trzy kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej

około 100ml wody z gotowania ciecierzycy

Za przygotowanie ciecierzycy trzeba zabrać się dzień wcześniej. Ziarna należy umyć pod bieżąca zimną woda i zostawić w celu namoczenia co najmniej na noc w dużej ilości ziemnej wody.

Następnego dnia gotuję ją do miękkości z dodatkiem ziela angielskiego i listka laurowego. Nie solimy jej, bo długo będzie twarda. Po ugotowaniu nie odlewam wody i łyżką cedzakową przekładam ziarna do malaksera. Mi wyszło na trzy razy i każdą z porcji miksowałam na gładszą. W pierwszej zostawiłam trochę większe kawałki, aby wzbogaciły konsystencję kotlecików. Następna była drobniejsza, a ostatnia na prawie gładką masę, aby była lekko papkowata i posklejała składniki. Gdy ciężko się miksuje dolewam odrobinę wody, dlatego pojawiła się w przepisie.

Podczas gotowania ziaren zajmuję się dynią. Obieram ją ze skórki i wydrążam środek. Nie wyrzucam pestek tylko je czyszczę i układam na ręczniku papierowym by wyschły. Można je później zjeść lub do czegoś dodać. Oczyszczoną dynie myje i trę na grubej jarzynowej tarce. Dodaję do rozdrobnionej cieciorki. Wcieram imbir oraz obrane ząbki czosnku. Drobno siekam chili oraz umytą rukolę, razem z siemieniem i sezamem dodaję do reszty składników. Mieszam ręką uzbrojoną w gumową rękawiczkę. Na koniec stopniowo dodaję mąkę ziemniaczaną by zagęściła całość. Masę trzeba bardzo dokładnie wymieszać.
Kotlety formowałam rękami w rękawiczkach. Powinny się dać łatwo kształtować. Masa jest miękka i delikatna, ale się nie rozpływa. Warto upiec kotlecika kontrolnego i sprawdzić smak oraz konsystencję. Moim była potrzebna solidna szczypta soli i dokładka chili. Usmażyłam tylko tyle kotletów ile oszacowałam, ze zjemy na raz. No może o jeden więcej ;). Resztę masy przełożyłam do plastikowego pojemniczka, zamknęłam i schowałam w lodówce. Przed kolejnym smażeniem ponownie trzeba wymieszać. Wytrzymała w lodówce cztery dni, potem się skończyła ;). Podczas pobytu w lodówce smaki pięknie się przegryzły!






Podałam je z pełnoziarnista kajzerką, keczupem, domowym ogórkiem kiszonym i sałata dębową. Pyszności!


Smakują również jako dodatek do obiadu. Były pyszne ze smażonymi ziemniakami i cukinią.
                    


Smacznego! ;))

piątek, 6 września 2013

Domowy pikantny keczup.

Od lat zabierałam się za zrobienie własnego keczupu! Bo u mnie w domu je się keczup dosłownie litrami. Do tego pomidory są tak tanie, że szkoda nie kupić. Przy moim obecnym szale robienia przetworów poszło jak po maśle, a i smak niesamowity! Warto się troszkę poświęcić by doświadczyć takich pyszności ;).


Na prawie trzy litry keczupu:

cztery kilogramy polnych aromatycznych pomidorów
dwa kilogramy pomidorów lima
trzy średnie marchewki
dwie średnie pietruszki
mały korzeń selera
dziesięć słodkich śliwek
dwie główki czosnku (około 12 dużych ząbków)
duża czerwona cebula
duża biała cebula
ostra papryczka
dwa duże liście laurowe
łyżeczka ziela angielskiego
łyżeczka ziarenek kolorowego pieprzu
pół laski cynamonu
dwa winne słodkie jabłka
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
50ml octu jabłkowego

Potrzebny jest minimum 5 litrowy garnek z grubym dnem.

Marchew, pietruszkę, seler umyłam i pokroiłam na spore kawałki. Wrzuciłam na dno garnka i obficie posoliłam. Na górę kroiłam w duże kawałki umyte pomidory. Nie bawię się w obieranie ze skórki, bo potem wszystko będzie przetarte. Przekładałam je jednak co jakiś czas obranym czosnkiem, umytymi i pokrojonymi na kawałki śliwkami oraz jabłkami. Dodałam pokrojoną papryczkę razem z pestkami, pieprz w kulkach, cynamon, ziele i listki. Postawiłam garnek na małym ogniu i przykryłam pokrywką. W ten sposób twarde warzywa na dole szybciej zmiękną, a pomidory puszczą sok. Po około 10-15 minutach wyraźnie powinno być widać lekko bulgocący po bokach sok. Wtedy drewnianą łyżką sprawdzałam czy nic na dnie się nie przypala, na szczęście wszystko było dobrze. Pierwsze gotowanie trwało, aż warzywa można było rozgnieść łyżką. Po około godzinie wyłowiłam cynamon, bo było już wyraźnie czuć jego smak. Nie chciałam by zdominował całość. Co jakiś czas mieszałam całość i trzeba też uważać by nie wykipiało! Szkoda byłoby tego całego dobra. Ta część trwała może dwie do trzech godzin. Szczerze to, aż mi się nie znudziło ;).
Drugiego dnia znów wstawiłam garnek na malutki ogień i redukowałam płyn. W domu unosił się coraz piękniejszy zapach. Na tym etapie nasz keczup ładnie gęstnieje i trzeba pamiętać by co jakiś czas go mieszać. Gotowałam go już bez pokrywki jakieś dwie godziny. Zostawiłam pod przykryciem do wystudzenia.
Trzeciego dnia zostało niewiele płynu i przy mieszaniu było słychać lekkie skwierczenie od dna. Teraz pomidory powinny być już całkowicie papkowate i nadal odparowujemy resztę płynu. Im mniej go zostanie, tym nasz keczup będzie gęstszy. Trwało to trochę ponad godzinę.
Czwartego dnia gdy patrzy się na keczup to widać, że większość jest gęsta, a płyn jest tylko na niewielkiej części. Wtedy podgrzałam go i zmiksowałam blenderem by łatwiej się go przecierało. Użyłam dużego metalowego sita, które położyłam na misce i za pomocą sylikonowej szpatułki przetarłam całość. Namęczyłam się, ale było warto! ;)
Przetarty keczup wkładałam do mniejszego garnka (3 litry), ale także z grubym dnem i znów podgrzałam. Czekałam, aż się zagotuje i wlewałam stopniowo ocet by dopasować stopień kwaśności do własnych upodobań. Bez octu keczup jest słodki. Po ponownym zagotowaniu, gdy ocet odparował ale idealnie zakwasił całość dodałam jeszcze sól do smaku i sporo mielonego pieprzu. Gorący keczup przełożyłam do małych słoiczków, zabezpieczyłam je folią spożywcza i porządnie zakręciłam. Pasteryzowałam w garnku wyłożonym gazetą. Ustawiłam słoiczki tak by się ze sobą nie stykały i nalałam letniej wody do 1/3 ich wysokości. Przykryłam garnek pokrywką i od zagotowania wody dałam słoiczkom 10 minut. Ostrożnie je wyjęłam i położyłam na ściereczce do góry dnem by wystygły. Nie trzeba tego robić i mogą stygnąć w garnku.

Czas podaję w przybliżeniu, bo zapomniałam zerkać na zegarek ;).
Proces przygotowania wydaje się długi, bo większość czasu keczup robi się sam. Czasem trzeba sobie tylko o nim przypomnieć by się nie przypalił. Robienie tego kilka dni intensyfikuje wszystkie smaki. Keczup ma szanse się porządnie przegryźć i smaki idealnie ze sobą współgrają.

Więc do dzieła i smacznego! ;))

wtorek, 30 lipca 2013

Sałatka z bobem i melonem.

Takie połączenie smaku można lubić lub nienawidzić! Innej opcji nie ma ;). Owoce w wytrawnej sałatce. Osobiście uwielbiam takie coś, rodzina także. W ogóle melon Galia jest dla mnie bardziej wytrawny niż słodki. Jego obłędnie miodowy zapach i mniej słodki miąższ trochę się ze sobą kłócą ;). 


Dla trzech osób:

szklanka ugotowanego bobu
jeden średni pomidor
cztery małe małosolne ogórki
osiem czarnych oliwek
100g lub więcej słonego sera feta
1/3 dojrzałego melona Galia czyli około 250g
mała czerwona cebula
pół pęczka natki pietruszki
kilka liści ulubionej sałaty
sok z cytryny
sól morska
świeżo mielony pieprz

Bób gotuję do miękkości i pod sam koniec gotowania dopiero solę. Ciepły obieram i odkładam do całkowitego wystudzenia. Pomidora oparzam, obieram ze skóry i kroję na mniejsze kawałki. Podobne rozmiarem do ziaren bobu. Melona przechowuję w lodówce. Najbardziej smakuje mi taki zimny. Odkrawam potrzebny mi kawałek, a resztę wkładam do lodówki. Kawałek przeznaczony do sałatki kroję w paski i obieram ze skóry, łyżeczką wybieram pestki i melona kroję na kawałki. Trochę większe niż pomidor i bób. Małosolne ogóreczki kroję wzdłuż i na cienkie półtalarki. Wszystkie składniki wkładam do jednej miski. Do tego bardzo drobno posiekana czerwona cebula i natka pietruszki. Oliwki przekrojone na cztery i pokrojony w około półcentymetrowe kosteczki ser feta. Dressingiem w tej sałatce jest sok ze wszystkich składników. Do tego dodaję kilka kropli soku z cytryny i dużo pieprzu. Po wymieszaniu trzeba spróbować, bo sól może nie być potrzebna. Oliwki i ser są dosyć słone. Ja jednak dodałam odrobinę soli.
Sałatka jest jeszcze smaczniejsza jak trochę posiedzi w lodówce. Tak schłodzoną podaję na liściach sałaty. Tym razem na czerwonej dębolistnej. Dla mnie ma lekko jabłkowy smak z wyczuwalną gorzką nutą. Idealnie pasuje.

Smacznego! ;))

wtorek, 16 lipca 2013

Sos koperkowy 2.

Sos koperkowy na moim blogu jest najczęściej odwiedzanym postem. Postanowiłam więc pokazać Wam także drugą wersje serwowaną u mnie w domu. Wiem, że ludzie mają opory z wlewaniem mleka do jedzenia, ale tu się to bardzo mocno sprawdza! Powiem nawet, że ten jest smaczniejszy i taki robię częściej...


dwie średnie cebule
pół szklanki gorącej wody
litr mleka
szczypta gałki muszkatołowej
szczypta płatków chili
świeżo mielony pieprz
sól morska
trzy kopiaste łyżki suszonego koperku

około 13 widelców mąki pszennej do zagęszczenia sosu


Cebule obieram i kroję w drobną kostkę. Szkle na niewielkiej ilości oleju z dodatkiem solidnej szczypty soli. Cebula nie powinna się przyrumienić, więc można ją delikatnie podlewać wodą aż całkiem zmięknie. Ciemna i twarda cebula może nam zepsuć sos, który ma być aksamitny. Dodaję do niej pieprz, chili i gałkę muszkatołową. Te ostatnie w mniejszej ilości, bo łatwiej później dodać i nie bawić się w rozcieńczanie. Gdy przyprawy przesmażą nam się z cebulą i będą pięknie pachniały stopniowo wlewam mleko (odlewam z kartonika pół szklanki by w nim rozrobić mąkę do zagęszczenia sosu). Robię tak by garnek całkowicie nie ostygł. Później długo by się grzał, a tak stopniowo ogrzewamy mleko. Gdy całość już się podgrzeje to wsypujemy koperek i dokładnie mieszamy. Na tym etapie sos nie może się przegotować, bo zrobi się kożuch lub spróbuje wykipieć. Do uprzednio odlanego do szklanki mleka wsypuję mąkę. Nabieram ją na widelec, bo zawsze łatwiej mi się nim rozrabiało zawiesinę i nie było grudek. Jednak nie musi to być tak. Każda mąka jest inna i według własnego gustu dopasujcie gęstość sosu. Mąki zawsze można dorobić :). Wlewam zawiesinę do sosu i dokładnie mieszam. Teraz nie wolno zostawić sosu, bo może się przypalić. Dokładnie mieszam go od dna i robię to tak długo, aż zacznie bulgotać. Maka musi się ugotować by nie było jej surowego posmaku. Ostrożnie nabieram trochę sosu na łyżkę i doprawiam. Zazwyczaj brakuje soli i pieprzu. Można je spokojnie dodać i wmieszać.

Gdy od razu po zdjęciu z palnika przykryjemy garnek pokrywką, na sosie nie powinien się utworzyć kożuch. Jeśli jednak się zrobi to nic straconego. Bardzo łatwo go rozmieszać i nawet ślad po nim nie zostanie.

Zawsze przed podaniem odstawiam go na jakieś 10 minut by lekko przestygł. Wtedy dopiero czuć bogactwo jego smaku. Przy okazji poparzenia języka za bardzo smaku nie docenimy...

Smacznego! ;)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Pieczone ziemniaczki z cytryną.

Bardzo lubię ziemniaki pod chyba każda postacią. Od bardzo dawna marzyły mi się jednak takie proste z cytryną, czosnkiem i rozmarynem. Oto one...


Dla trzech osób:

kilogram młodych ziemniaków
trzy półcentymetrowe plastry cytryny
cztery duże ząbki młodego czosnku
łyżeczka posiekanego rozmarynu
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
szczypta ostrej papryki
oliwa z oliwek lub olej rzepakowy

Ziemniaki oskrobałam ze skórki i ugotowałam prawie do miękkości. Wybrałam niewielkie sztuki, więc szybko poszło. W czasie gdy się gotowały przygotowałam do nich marynatę. Do nieprzywierającego naczynia wlałam około siedmiu łyżek oliwy. Do tego duża szczypta morskiej soli, świeżo mielony pieprz, szczypta ostrej papryki, posiekany rozmaryn i pokrojony w plasterki młody czosnek. Wyszorowałam cytrynę i ukroiłam z niej trzy plastry, które przekroiłam na pół. Za ich pomocą zmieszałam ze sobą wszystkie składniki. Na koniec wycisnęłam z nich sok i zostawiłam je w marynacie. Wkroiłam ugotowane oraz lekko przestudzone ziemniaczki i dokładnie wymieszałam. Tak by pokryły się tłuszczem. Spróbowałam jednego i musiałam dosolić. Formę włożyłam do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika na przedostatnią półkę od góry. Nie pod sam grill. Piekłam je tak przez 15 minut, a na ostatnie 10 minut przełączyłam na grill. Pilnowałam wtedy ziemniaczków by się nie przypaliły i co jakiś czas je przemieszałam by te z dołu też się zarumieniły.

Podałam z marynowanymi burakami, ale każda surówka tu się sprawdzi. 

Smacznego! ;))

piątek, 12 lipca 2013

Młode ziemniaki z bobem.

Od dawna chodziła za nami sałatka ziemniaczana z majonezem. Jednak takiej tradycyjnej warzywnej jakoś nikomu nie chciało się robić. Tu prostsze i niezwykle smaczne rozwiązanie. Robiąc tę sałatkę musimy się bardzo pilnować by nie wyjeść całego bobu i ziemniaków przed jej przygotowaniem. Do tego wegański majonez i cała rodzina szczęśliwa ;). Do tego świeżość składników, nie mogło się nie udać...


kilogram małych młodych ziemniaków
pół kilograma świeżego bobu
pęczek koperku
majonez jaglany
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz

Ziemniaki oskrobałam i ugotowałam do miękkości. Po zagotowaniu posoliłam. Ugotowane odlałam i zostawiłam do całkowitego ostudzenia.

Bób ugotowałam do miękkości. Myślę, że każdy lubi inny bób, więc co jakiś czas trzeba go próbować. Tu także gdy woda się zagotowała dodałam soli. Ugotowane i jeszcze ciepłe fasolki obierałam z łupin. Gdy wystygną staje się to trudniejsze. Po wyłuskaniu zostawiłam do wystygnięcia.

Do tego przepisu zrobiłam majonez według przepisu z bloga Smakoterapia. Dodałam do niego jednak trochę ponad szklankę gotowanej jagli, łyżeczkę ostrej rosyjskiej musztardy i trzy niewielkie ząbki młodego czosnku. Dla odrobiny kwaskowatego posmaku dodałam dwie łyżki octu jabłkowego. Dla osłody łyżeczkę trzcinowego cukru. Oleju też jakoś mniej mi się wlało i był idealny!

Koperek opłukałam i drobno posiekałam.

Wystudzone ziemniaki kroiłam wzdłuż na pół i kolejno na około centymetrowe plastry. Tak by łatwo się je jadło.

Wszystkie składniki włożyłam do dużej miski i wymieszałam ze sobą. Doprawiłam sporą szczyptą soli i świeżo mielonym pieprzem.

Trochę sałatki zostało, więc włożyłam ją do plastikowego pojemnika i do lodówki. Następnego dnia była równie pyszna.

Smacznego! ;))

niedziela, 7 lipca 2013

Pikantna soczewica z pieczarkami.

Bardzo lubię soczewicę. Jest nie tylko wspaniałym źródłem białka, ale także wapnia i żelaza. Zajadają się nią nie tylko wege, ale też sportowcy! Do tego jest sycąca i nadaje się do wszystkiego. Gulasze, zupy, pierogi, pasty, pasztety i wiele innych. Ostatnio ukochałam sobie jej pikantną wersję na sypko ;).


Dla czterech osób:

250g suchej zielonej soczewicy
dwie średnie cebule
250g pieczarek
siedem suszonych pomidorów z oleju
trzy duże ząbki czosnku
szczypta płatków chili
szczypta sproszkowanego chili
sól morska
świeżo mielony czarny pieprz
olej rzepakowy

Pieczarki obrałam i pokroiłam, wrzuciłam na pokrojoną w grubsze piórka cebulę którą podsmażyłam na niewielkiej ilości oleju. Dodatkowo posoliłam by szybciej zmiękła. Gdy pieczarki odparowywały wodę to zajęłam się soczewicą. Wypłukałam ją w dużej ilości ziemnej wody i zalałam wrzątkiem. Wstawiłam na gaz by się ugotowała. Trwało to jakieś 10-15 minut. Trzeba ją często próbować, bo może się szybko rozgotować i wyjdzie papka. Nam powinno zależeć na całych ziarnach. Do uduszonych pieczarek dodałam drobno pokrojone pomidorki i pokrojony w plasterki czosnek. Doprawiłam chili, solą i pieprzem. Ugotowaną i odlaną na sicie soczewicę wrzuciłam do mieszanki z pieczarkami i chwilę razem przesmażyłam.

Jakby przez przypadek wyszło Wam zbyt pikantne to polecam zjadać z jogurtem.

Smacznego! ;))

czwartek, 4 lipca 2013

Zupa potrójnie pomidorowa.

U nas w domu ja i mama niespecjalnie przepadamy za pomidorówką. Jemy ją od wielkiego dzwoni i trzeba się na nią naczekać. Zawsze jednak kiedy już jest zajadamy się ze smakiem. Długo dopracowywałam pomidorówkę, aby i nam smakowała. Za to mój połówek mógłby jeść tonami wszystko co pomidorowe ;).


Na około dwa litry zupy:

litr soku pomidorowego
puszka włoskich krojonych pomidorów
100g gęstego koncentratu pomidorowego
dwie gałązki selera naciowego
pół litra ciepłej wody
sól morska
świeżo mielony czarny pieprz

200g drobnego makaronu

Sok pomidorowy kupuję przyprawiony. Jest w nim morska sól, pieprz, seler i jak się nie mylę cebula z pietruszką. Jest bardzo smaczny i idealnie sprawdza się w tej zupie.

Do garnka przekładam pomidory i puszkę płuczę wodą, która też ma wylądować w garnku. Do tego daję umyty i pokrojony seler naciowy. Wlewam sok i także karton płuczę wodą. Stąd około pół litra ciepłej wody w przepisie. Podgrzewam całość i za pomocą ręcznego blendera miksuję seler i pomidory na gładko. Próbuję i doprawiam pieprzem oraz solą. Na sam koniec dodaję koncentrat pomidorowy i staram się go dokładnie rozmieszać. Po zagotowaniu znów próbuję i w razie potrzeby doprawiam. Przed podaniem zupę najlepiej odstawić na jakieś 10 minut by przestygła. Wtedy czuć pełnię jej smaku i się nie poparzymy.

Zupę podaję z drobnym makaronem, tym razem był to orzo. Czyli makaron imitujący ryż ;).

Czasem zabielam zupę, ale to już na talerzu. 

Smacznego!

niedziela, 16 czerwca 2013

Indyjska surówka z kapusty.

Kilka dni temu wpadła mi w ręce gazetka reklamowa z Kuchni Lidla "Niewiele zachodu w kuchni Dalekiego Wschodu". Zaintrygował mnie w niej przepis guru smaku Pascala. Postanowiłam wypróbować i muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Są to znajome smaki w mi dotąd nieznanym połączeniu.


oryginalny przepis zawiera:

1/4 białej kapusty
dwie łyżki oliwy
łyżeczka gorczycy
łyżeczka curry
pół łyżeczki kminku
cztery łyżki octu ryżowego
sok z połowy cytryny
łyżka miodu
dwie marchewki pocięte w cienkie słupki
50g orzeszków ziemnych
sól i pieprz

Oczywiście musiałam lekko zmodyfikować przepis i użyłam troszkę więcej octu jabłkowego oraz nie dodawałam miodu, bo sałatka i tak jest mocno słodka. Marchewkę za to utarłam, a nie bawiłam się w siekanie. Samej kapusty miałam około 700g.

Z kapusty odrzuciłam pierwsze liście i przekroiłam ją na cztery tak, by w każdej z części był głąb. Przez to podczas szatkowania nie będzie się rozpadała. Moją potraktowałam szatkownicą, ale myślę że spokojnie można ją cienko posiekać lub użyć robota z funkcją szatkowania.
Na suchej patelni uprażyłam orzeszki ziemne, co chwilę je przerzucałam by się nie przypaliły. Wrzuciłam je do robota i pokruszyłam. Na tej samej patelni rozgrzałam oliwę i do niej wrzuciłam gorczycę. Od razu zaczęła ciemnieć więc dodałam kminek i proszek curry. Zamieszałam i gdy zaczęło mocno pachnieć zdjęłam z ognia. Wtedy wlałam ocet, który na jeszcze bardzo gorącej patelni od razu zaczął parować. Należy uważać by opary nie poleciały na twarz, bo to nic przyjemnego. Dodałam sok z cytryny, sporo drobnej morskiej soli, świeżo mielony pieprz i pokruszone orzeszki. Wymieszałam dressing i wrzuciłam do niego uprzednio utartą na drobnej jarzynowej tarce marchew. Po wymieszaniu i nadal na patelnię wrzuciłam poszatkowaną kapustę. Mieszałam tak by cała pokryła się aromatycznym dressingiem. Przy cieple z patelni łatwiej będzie jej przejść wszystkimi smakami. Surówkę przełożyłam do szklanej miski, bo plastikowa od razu złapie kolor i będzie ciężko ją domyć. Nakryłam talerzykiem i odstawiłam na minimum dwie godziny by się przegryzła.

Po tym czasie surówka jest nadal chrupka, ale cudownie aromatyczna. Bardzo nam smakowała z kuskusem z pieczarkami i koperkiem oraz starą, dobrą mizerią.

Smacznego! ;))

czwartek, 13 czerwca 2013

Zapiekanka ziemniaczana.

Uwielbiamy ziemniaki pod każda postacią jednak ciężko jeszcze o krajowe młode w rozsądnej cenie, więc by nie zwariować można kreatywnie wykorzystać te stare. Dobrze smakują tłuczone, a i zapiekanki z nich pyszne. Cała moc tkwi w dodatkach i aromatycznym sosie.


Na pięć porcji:

jedenaście średnich ziemniaków
pół kilograma pieczarek
trzy duże cebule
płatki chili
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
olej rzepakowy

Ziemniaki obrałam, umyłam i ugotowałam na półtwardo w osolonej wodzie. Odlałam i zostawiłam by lekko przestygły. Pieczarki obrałam, pokroiłam i usmażyłam na niewielkiej ilości oleju. Doprawiłam je pieprzem i solą. Cebulę obrałam i przekroiłam na pół i pokroiłam w plasterki. Zeszkliłam ją na oleju ze szczyptą soli i płatków chili.

sos:
400g jogurtu naturalnego
dwie kopiaste łyżki koncentratu pomidorowego
sześć dużych ząbków czosnku
gałązka rozmarynu
dwie łyżki drobno utartego żółtego sera

Do miseczki przełożyłam jogurt i koncentrat. Dodałam sporo soli i świeżo mielonego pieprzu. Na drobnej tarce starłam czosnki i dodałam do miseczki. Drobno posiekałam rozmaryn razem z niezdrewniałą gałązką. Dodałam też drobno utarty żółty ser by razem z koncentratem podczas zapiekania scalił wszystkie składniki.

trochę sera żółtego do posypania po górze


Zapiekankę robiłam w formie o wymiarach 22cm x18cm. Może być coś podobnego, a najlepiej naczynie żaroodporne do zapiekania, którego jakoś nie mogę się dorobić ;).
Dno naczynia przykryłam cienką warstwą sosu, jakieś dwie kopiaste łyżki. Na niego obok siebie poukładałam pokrojone w grube, bo około centymetrowe plastry ziemniaki. Na nie położyłam pieczarki i na to nałożyłam sos, tak by je pokrył. Na sos znów dałam ziemniaki. Kolejny przyszła cebula, ziemniaki i reszta sosu. Oczywiście możecie zmodyfikować piętra według własnych upodobań i np.: wymieszać pieczarki z cebulą lub dodać blanszowane brokuły. Ja lubię używać tego co mam w domu. Formę przykryłam folią aluminiową w której porobiłam dziurki. Zapiekałam przez godzinę w 180 stopniach. Po tym czasie zdjęłam folię na jakieś 10-15 minut by zapiekanka od góry lekko się przyrumieniła. W tym czasie trzeba do niej zaglądać, bo sos może się przypalić. Gdy stopień zarumienienia mi odpowiadał posypałam po wierzchu serem i dałam mu chwilę by się zapiekł.

Smacznego! ;))

niedziela, 9 czerwca 2013

Imprezowa sałatka z makaronem.

Po sobotnim koncercie zostałyśmy nakarmione taką właśnie sałatką. Jest to przepis Marty, którą serdecznie pozdrawiam. Nie byłabym oczywiście sobą gdybym kilku smaczków nie dodała ;). Sałatka jest tłusta i treściwa, stąd określenie imprezowej. Dobrze sprawdzi się w roli "podkładki".


Dla czterech osób użyłam:

dziewięć większych, mocno czerwonych pomidorków koktajlowych
150g sera feta
czternaście czarnych oliwek z pestką
sześć suszonych pomidorów z oleju
olej z suszonych pomidorów
kilka listków świeżej bazylii
świeżo mielony pieprz kolorowy
płatki chili do smaku

200g grubszego makaronu, może być trójkolorowy

Pomidorki sparzyłam i obrałam ze skórki, ale nie trzeba tego robić. My po prostu nie lubi my ze skórą. Pokroiłam na ćwiartki. Ser feta odsączyłam i pokroiłam w półcentymetrową kostkę. Suszone pomidory również posiekałam w kostkę. Oliwki po pestce przekroiłam na pół. Pestki wyrzuciłam, połówki oliwek pokroiłam w paseczki. Wszystkie składniki wrzuciłam do miski. Porwałam do tego listki bazylii, dodałam pieprz i płatki chili.
Makaron ugotowałam do miękkości, odlałam i porządnie przelałam zimną wodą. Przed wrzuceniem do sałatki trzeba go mocno odsączyć w wody. Inaczej rozwodni nam sos, a tego chcemy uniknąć. Dodałam go do miski i polałam jakimiś dziesięcioma łyżkami pomidorowego oleju. Musicie spróbować i sami wyczuć jego ilość.

Sałatki z makaronem trzeba zjadać tego samego dnia. Później tylko tracą na smaku, zwłaszcza jak się je przechowuje w lodówce. Więc przygotowujemy i zjadamy.

W przepisie nie ma soli, bo oliwki i ser są wystarczająco słone by doprawić całość.

Smacznego! ;))

sobota, 25 maja 2013

Szparagi z cytryną i czosnkiem.

W końcu udało mi się dorwać piękne i świeże zielone szparagi! Juhuuu! ;)) Pęczek od razu podzieliłam na te cieńsze i grubsze łodyżki i przyrządziłam na dwa sposoby, równie pyszne. Oto jeden z nich, teraz z tych grubszych. Wyszła idealna przystawka, a dodatki nie przyćmiły delikatnego smaku szparagów.


pół pęczka zielonych szparagów, wybrałam te grubsze
trzy plasterki wyszorowanej cytryny, ze skórką
mały ząbek czosnku
sól morska
dwie łyżki oliwy

Szparagi umyłam i delikatnie obcięłam spody łodyżek. Udało mi się kupić na tyle świeże, że prawie nic nie trzeba było wyrzucić. Gdy obcinałam to na nożu był sok. Jeśli macie wątpliwości to lepiej ułamać końcówkę. Zazwyczaj robi się tak, że cała wyschnięta część się odłamuje. Niestety często bywa to połowa szparaga. Czubki powinny być w miarę możliwości zamknięte i niewyschnięte. Te najgrubsze z najgrubszych warto obrać za pomocą obieraczki do warzyw. Jakoś od połowy w dół. Mi trafiły się twardawe skórki.

Przygotowane szparagi położyłam na rozgrzany olej, oprószyłam solą i poczekałam, aż się lekko przyrumienią. Co jakiś czas je odwracałam. W trakcie smażenia ich kolor stał się bardziej wyrazisty i wtedy obok nich położyłam plasterki cytryny. Gdy cytryna lekko się zarumieniła odwróciłam ją i dodałam drobno starty ząbek czosnku. Delikatnie wymieszałam, a dokładniej mówiąc poprzewracałam szparagi i już były gotowe. Zostawiłam je lekko chrupiące. Szparaga maczałam w lekko karmelizowanej cytrynie.

Smacznego! ;))

wtorek, 21 maja 2013

Szpinakowe pesto z migdałami.

Przy okazji robienia zakupów z myślą o chłodniku trafiłam na piękne liście szpinaku. Część oczywiście posiekałam i zamroziłam na później, ale miałam ochotę na coś innego. Lżejszego. Mocno nie przepadam za drogimi, paczkowanymi listkami ze sklepów. Na szczęście u mnie na targu jest miły starszy Pan, który prawie codziennie sprzedaje świeżutki szpinak z własnego ogródka.


Dla trzech bardzo głodnych osób:

800ml świeżego szpinaku
50 migdałów
dwa średnie ząbki czosnku
sok z połowy cytryny
sól morska
świeżo mielony pieprz
olej rzepakowy

300g makaronu

Szpinak umyłam, obrałam z gorszych listków i grubszych łodyg. Posiekałam z grubsza i lekko dociskając w pojemniku z miarką odmierzyłam 800ml. Przełożyłam zieleninę do malaksera, dodałam migdały, sok z cytryny, pocięte ząbki czosnku, sól, pieprz oraz trochę oleju. Miksowałam na gładko. Jeśli sos jest zbyt gęsty można dolać olej. Gdy wydaje się aksamitny, a kawałki szpinaku są niewielkie można go spróbować i doprawić według własnego gustu. Na zimno wyraźnie w nim czuć migdały i delikatny posmak czosnku. Cytryna dodaje pesto lekkości. Konsystencja powinna być dosyć gęsta. Po nabraniu palcem ładnie się trzymał, nie był lejący.

Podałam je na ciepło z makaronem i dopiero wtedy dało się poczuć pełnię jego bogatego smaku. Nie spodziewałam się, że będzie takie pyszne! Przy gotowaniu makaronu odlałam z niego jakieś piętnaście łyżek wody i wlałam do ziemnego pesto. Nie gotowałam go, a jedynie zaparzyłam tą wodą. Gdy makaron był już ugotowany wymieszałam go w misce z sosem. Do tego klasyczna sałatka z pomidorów, ogórków kiszonych(ostatni słoik domowych!) i czerwonej cebuli.

Moje Drugie Pół jadło pesto z jajkami na miękko. Bardzo sobie chwalił.

Smacznego! ;))

piątek, 17 maja 2013

Szybki chłodnik.

Jest kilka ciepłych dni i warto je wykorzystać, bo zaraz znów się może popsuć pogoda. A chłodnik jest idealny właśnie na te ciepłe dni, kiedy nic nam się nie chce. Nie mówiąc już o gotowaniu i gorącym jedzeniu.W tym przypadku nie trzeba nic gotować, młode buraczki nie są twarde i pięknie wzbogacają konsystencję całości.


Proporcja dla trzech osób na dwa dni:

sześć gruntowych lub trzy cienkie szklarniowe ogórki
pęczek rzodkiewek
dwa pęczki botwinki z większymi buraczkami
pół pęczka szczypiorku
pół pęczka koperku
pół litra kefiru
400g jogurtu naturalnego
sól morska
świeżo mielony pieprz

Wszystkie warzywa myję. Buraczki i ogórka obieram i trę razem z rzodkiewkami na tarce jarzynowej. Używam też botwinki, ale wybieram tylko te najładniejsze liście. Tu wyszło jakieś pół pęczka. Umyłam je i razem z łodyżkami drobno posiekałam. Umyty szczypiorek i koperek także posiekałam i wszystkie składniki wrzucałam do jednej większej miski. Obficie posypałam solą i zmieliłam dużo pieprzy. Dolałam kefir i dołożyłam jogurt, dokładnie wymieszałam. Używam kefiru i jogurtu, bo dla mnie idealnie się uzupełniają. Kefir jest rzadszy, ale bardziej kwaskowy od jogurtu. Od lat robię właśnie taki chłodnik. Najlepiej jest go wstawić do lodówki na jakiś czas by smaki się połączyły, ale jedzony od razu też jest pyszny! Moi jedli go z sadzonym jajkiem, a ja z pysznym pełnoziarnistym chlebem. Ci co czytają profil ma fb znają moje ostatnie przygody z krojeniem chleba. Paluszek pozdrawia i stara się trzymać! ;).
Następnego dnia najlepiej wyjąć go z lodówki na chwilę przed jedzeniem, by nie był lodowaty i przy jedzeniu nie bolały zęby. Trzeba też go dokładnie wymieszać, bo na górze może zebrać się woda.

Smacznego! ;))