Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czekolada. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 września 2013

Dżem śliwka w czekoladzie.

Uwielbiam śliwki, a śliwki w czekoladzie w szczególności! Pewnego razu będąc u koleżanki na urodzinach zajadałam się czymś bardzo podobnym. Metodą prób i błędów doszłam do idealnej wersji tego dżemu. Wybrałam śliwki dąbrowickie, bo oprócz tego że są przepyszne i teraz dostępny to cudowne odchodzą od nich pestki i nie trzeba się z nimi siłować. Uwierzcie mi, nie opłaca się robić z mniejszej ilości owoców, bo dżem znika w tempie ekspresowym i jest niesamowicie pyszny. Musze przyznać, że są to moje ulubione słoiczki na zimę ;).


Na trochę ponad dwa litry dżemu:

3 kg dojrzałej śliwki dąbrowickiej
szklanka cukru
100g czekolady 70%
kopiasta łyżka ciemnego kakao

Śliwki umyłam, wyrzuciłam pestki. Owoce pokrojone na mniejsze kawałki wrzuciłam do dużego garnka. Nasypałam cukru i postawiłam na małym ogniu, co kilka chwil mieszając drewnianą łyżką, by owoce szybko puściły sok. Gdy śliwki zaczną się gotować powstanie mocno rzadka zupa i nadmiar płynu trzeba odparować. Pierwszego dnia gotowałam tak długo, aż było widać że całość zgęstniała. A na górze zrobiła się gęsta różowa piana. Wtedy najczęściej kończę pierwsza fazę smażenia, bo owoce zaczynają się przypiekać do dna. Zostawiam wtedy dżem do całkowitego wystudzenia. Najczęściej na całą noc. Ostatnio było dosyć chłodno, więc garnek przykryłam pokrywką i nie wkładałam go do lodówki.
Drugiego dnia przed ponownym smażeniem przygotowuję sobie porządnie umyte słoiki, i nakrętki oraz folię spożywczą. Dopiero teraz znów wstawiam garnek z dżemem ponownie gotuję. Robię to tak długo, często mieszając by się nie przypaliło, aż dżem będzie łatwo nabrać na łyżkę. Ważne jest też to, że kakao i czekolada także odrobinę zagęszczą całość. Druga faza trwa znacznie krócej od pierwszej. Czekoladę łamię na mniejsze kawałki i wrzucam do wrzącego dżemu. Mieszam by się całkowicie rozpuściła. Wsypuje dużą łyżkę kakao i dokładnie mieszam. Na tym etapie zdejmuję już garnek z ognia i po bardzo dokładnym wymieszaniu i spróbowaniu czy nie trzeba dodać kakaa przekładam gotowy dżem do słoików.
Po wypełnieniu słoików gorącym dżemem na każdy nałożyłam kawałek folii spożywczej i porządnie zakręciłam. Odwróciłam do góry dnem i zostawiłam do wystudzenia. Dla pewności pasteryzowałam słoiki. Do odpowiednio większego garnka wyłożonego gazetą włożyłam słoiczki i nalałam wody do 1/3 ich wysokości. Przykryłam garnek tak by pokrywka nie dotykała słoików, one same też nie mogą się ze sobą stykać i po 10 minutach od zagotowania wody dżem był już gotowy by przetrwać całą zimę, a nawet dłużej!

Śliwki obieram i kroję w gumowych rękawiczkach. Wam też radze ich użyć, bo później trudno domyć ręce ;).

Smacznego! ;))

poniedziałek, 8 lipca 2013

Babeczki z masłem orzechowym i czekoladą.

Na przekór wszystkiemu miałam ochotę na babeczki bez owoców. Wiadomo, że sezon i trzeba korzystać ale dziś miałam ochotę zgrzeszyć ;). Do tego walała mi się po domu resztka orzeszków, a że lubię robić coś z tego co już mam w domu to do dzieła! Jak pewnie zauważycie to babeczki są wegańskie, co podwójnie mnie cieszy... Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i jadłam jeszcze ciepłe. Wyszły puszyste w środku, wilgotne i jakby lekko lepkie za sprawą masła orzechowego. No i ten chrupiący wierzch, moje małe niebo ;).


Proporcje na 12 babeczek:

zrobiłam domowe masło orzechowe, wychodzi pięć łyżek i jest lekko płynne. Celowo takie jest, bo do babeczek nie dodaję więcej tłuszczu. Tak więc:

150ml wyłuskanych orzeszków ziemnych
sześć dużych łyżek delikatnego oleju
duża szczypta soli morskiej

Całość potraktowałam malakserem i gotowe. Zawsze zostawiam małe kawałeczki orzechów. Wzbogacają konsystencję całości.

dwie szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki cukru trzcinowego
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka sody
piętnaście słodzików
szklanka zimnej wody

50g deserowej czekolady


Do miski wsypałam suche składniki, dodałam do nich drobno posiekaną czekoladę. Można ją również utrzeć na grubej tarce, tak będzie szybciej. Słodzik rozpuściłam w łyżce gorącej wody, którą proporcjonalnie odjęłam z planowanej szklanki wody. Wymieszałam suche składniki i wlałam wodę. Po dokładnym wymieszaniu wychodzi lekko lepkie, ale bardzo przyjemne ciasto. Łatwo je się nakłada do foremek, które zrobiłam z papieru do pieczenia. Inaczej do zwykłych papilotek babeczki bardzo mocno by się przykleiły. Chcąc tego uniknąć i nie musieć dodawać więcej oleju do przepisu wykorzystałam papier. Wycięłam z niego około 13cm kwadraty i je umieściłam w formie do pieczenia. Nakładałam po około półtorej łyżki ciasta.

Piekłam przez 15 minut w temperaturze 180 stopni, na środkowej półce bez termoobiegu. 

Po upieczeniu bez problemu dają się obrać z papierka ;).

Smacznego!

czwartek, 20 czerwca 2013

Czekoladowe babeczki z truskawkami i migdałową posypką.

Są truskawki, więc trzeba je wykorzystać do wszystkiego. Takich babeczek jeszcze nie było ;).


Na 12 babeczek:

175g margaryny
szklanka mleka może być roślinne
trzy łyżki wody
100g gorzkiej czekolady 70%
3/4 szklanki cukru trzcinowego lub około 25 słodzików
dwie kopiaste łyżki ciemnego kakao
dwie i pół szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki płatków owsianych górskich
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
dwanaście dorodnych truskawek
dziesięć migdałów

Do garnka wlałam mleko, dodałam tłuszcz i pokruszoną czekoladę. Jeśli wybierzecie słodzik to rozpuszczam go w tych trzech łyżkach ciepłej wody. Jeśli cukier to wlewamy do garnka wodę i wsypujemy cukier. Rozpuszczamy wszystko i odstawiamy do ostudzenia.
Do miski wsypujemy mąkę, proszek, kakao, sól oraz płatki. mieszamy i wlewamy do tego przestudzoną miksturę z garnka. Mieszamy i powinna wyjść z tego dosyć gęsta i łatwa do nabrania łyżką masa. Przekładamy ją do papilotek. Do każdej wkładamy umyte, obrane i przekrojone na cztery truskawki. Posypujemy uprzednio zmielonymi migdałami lub migdałowymi płatkami. Co tam mamy pod ręką.

Piekłam 15-17 minut w 180 stopniach na środkowej półce bez termoobiegu. Po 15 minutach sprawdzamy patyczkiem w miejscu gdzie nie ma truskawki czy ciasto jest już suche. Najlepiej zrobić to na środku, bo tam może gromadzić się wilgoć z owoców.

Gorące są pyszne, ale lekko się rozpadają. Po wystygnięciu są suche, ale na drugi dzień są już cudownie wilgotne. Takie smakują mi najlepiej ;).

Smacznego! ;))

wtorek, 4 czerwca 2013

Ciasteczka kokosowe w czekoladzie.

Po powrocie z koncertu z Warszawy staram się wrócić do normalnego życia, a co za tym idzie mam do nadrobienia trochę przepisów na blogu. Jako pierwsze proponuję Wam pyszne i łatwe ciasteczka.


Na około 40 przepysznych ciasteczek:

250g kostka masła lub margaryny
3/4 szklanki trzcinowego cukru
pięć kopiastych łyżek wiórków kokosowych
dwie szklanki mąki pszennej typu 650 - minus jedna kopiasta łyżka
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia

Miękką margarynę zmiksowałam z cukrem, można ją też utrzeć tak jak robi się to w przypadku ucieranej babki. Nie przejmowałam się, że cukier się całkowicie nie rozpuścił. Po upieczeniu pięknie błyszczy na ciastkach. Do utartego tłuszczu z cukrem dodałam kokos, mąkę, sól i proszek. Te składniki wcierałam w słodki tłuszcz za pomocą łyżki. Chwilkę to trwa, ale jest to iście terapeutyczne zajęcie.

Z powstałej masy nabierałam niepełną łyżeczkę i formowałam z niej kulki wielkości małego orzecha włoskiego. Podobnej wielkości jak w przepisie na ciasteczka kawowe w czekoladzie. Od razu je rozpłaszczałam na grubość około pół centymetra. Na brzegach mogą lekko pękać, bo kokos wchłania dużo wilgoci. Wstawiłam je na chwile do lodówki, żeby się schłodziły. Przez co po upieczeniu będą bardziej kruche.

Na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyłam dwadzieścia placuszków w równych odstępach. W czterech rzędach po pięć sztuk. Piekłam je w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce przez 13-15 minut. Czekałam, aż tylko brzegi lekko zaczną się rumienić. Ciastka były miękkie, więc przydała mi się do zdejmowania staruszka szpatułka do tortu. Równie dobrze można użyć zwykłego noża do masła. Przełożyłam je na cienką blaszkę, ale lepiej użyć kratki. Ciastka muszą ostygnąć by nabrać chrupkości.Te ciastka łatwo przepiec i wtedy powstają sucharki. Ja po 12 minutach wyjmuję jedno i gdy lekko przestygnie to próbuję. Trzeba wyczuć idealny dla nas moment. Jeśli jednak wyjdą troszkę za suche to nic straconego. Po posmarowaniu czekoladą nasiąkną nią troszkę i nie powinny być twarde.




dekoracja ciastek:

100g czekolady 70%
wiórki do udekorowania czekolady






Czekoladę połamałam i włożyłam do miseczki, którą umieściłam na garnku z gorącą wodą. W sumie nie włączałam nawet palnika, bo ciepło wody z czajnika wystarczyło. Miseczkę z polewą zostawiłam nad kąpielą wodną i za pomocą spodu małej łyżeczki smarowałam wierzch ostudzonych ciasteczek. Każde posmarowane czekoladą ciasteczko zanurzałam we wiórkach kokosowych wysypanych do miseczki, by się do niej przykleiły. Tak przygotowane ciastka ozdobiłam mazami z pozostałej rozpuszczonej czekolady. Zostawiłam je na noc rozłożone na folii aluminiowej by czekolada stężała. Po zastygnięciu nie trzeba ich przechowywać w lodówce. Ciastka włożyłam do plastikowego pojemniczka wyłożonego serwetką i pojechały ze mną na spotkanie ze znajomymi. Wygląda na to, że smakowały ;)

Smacznego! ;))

niedziela, 19 maja 2013

Ciasteczka kawowe w czekoladzie.

Zainspirowana przepisem z bloga 2smaki i potrzebą spotkania z kolegą bawiłam się w ciasteczka. Tak się składa, że w moim domu rozpuszczalna kawa jest tylko zbożowa to przepis jest zmieniony. Lubię korzystać z tego co już mam.
Na spotkaniu była duża kawa i ciastka z podwójną dawką kawy ;).


Na około 50 przepysznych ciasteczek:

250g kostka masła lub margaryny
3/4 szklanki trzcinowego cukru
50ml suchej mielonej kawy tj. dwie miarki*
dwie szklanki mąki pszennej typu 650
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia

Miękką margarynę zmiksowałam z cukrem, można ją też utrzeć tak jak robi się to w przypadku ucieranej babki. Nie przejmowałam się, że cukier się całkowicie nie rozpuścił. Po upieczeniu pięknie błyszczy na ciastkach. Do utartego tłuszczu z cukrem dodałam kawę, mąkę, sól i proszek. Te składniki wcierałam w słodki tłuszcz za pomocą łyżki. Chwilkę to trwa, ale jest to iście terapeutyczne zajęcie.




Z powstałej masy nabierałam niepełną łyżeczkę
i formowałam z niej kulki wielkości małego orzecha włoskiego. Dla uproszczenia zamieszczam zdjęcie porównawcze ;).  






Na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyłam dwadzieścia kuleczek w równych odstępach. W czterech rzędach po pięć sztuk. Rozpłaszczałam je lekko by ciastka po upieczeniu były cieńsze, ale nie trzeba tego robić. Wtedy wychodzą grubsze i są lekko wilgotne i miękkie w środku. Piekłam je w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce przez 15-17 minut. Czekałam, aż brzegi zaczną się rumienić. Ciastka były miękkie, więc przydała mi się do zdejmowania staruszka szpatułka do tortu. Równie dobrze można użyć zwykłego noża do masła. Przełożyłam je na cienką blaszkę, ale lepiej użyć kratki. Ciastka muszą ostygnąć by nabrać chrupkości. Bez polewy są dla mnie odrobinę zbyt słodkie.

polewa na ciastka:

100g czekolady 70%
25ml suchej mielonej kawy tj. jedna miarka*

Czekoladę połamałam i włożyłam do miseczki, którą umieściłam na garnku z gorącą wodą. W sumie nie włączałam nawet palnika, bo ciepło wody z czajnika wystarczyło. Gdy czekolada była w połowie rozpuszczona dosypałam miarkę kawy i dokładnie wmieszałam. Na początku może się wydać, że masa jest za sucha, ale potrzeba cierpliwości z mieszaniem. Miseczkę z polewą zostawiłam nad kąpielą wodną i za pomocą spodu małej łyżeczki smarowałam wierzch ostudzonych ciasteczek. Zostawiłam je na noc rozłożone na folii aluminiowej by czekolada stężała. Po zastygnięciu nie trzeba ich przechowywać w lodówce. Ciastka przetrwały nawet podróż pociągiem w upale i się nie posklejały. Plastikowy pojemniczek wyłożyłam serwetką i na niej poukładałam ciastka.

* chodzi o taką kawę do zaparzania, fusiastą zwaną ;).

Uwaga! Są mocno wciągające! ;))

Smacznego! ;))

piątek, 26 kwietnia 2013

Czekoladowe ciasto na kefirze.

Delikatne ciasto z wilgotnym wnętrzem i chrupiącą skórką. O wyraźnym czekoladowym smaku. Bez brudzenia połowy naczyń i sprzętów, bo mieszane łyżką ;).


dwie i pół szklanki mąki pszennej typu 650
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
trzy kopiaste łyżki gorzkiego kakao
dwie szklanki kefiru w temperaturze pokojowej
osiem łyżek wody
3/4 szklanki cukru trzcinowego
pół szklanki delikatnego oleju


Wszystkie składniki umieściłam w misce. Jednak oleju nalałam nieco mniej i dopełniłam do połowy szklanki trzema łyżkami oleju z orzechów włoskich dla aromatu, ale nie trzeba tego robić. Całość wymieszałam łyżką i przełożyłam do tortownicy o wymiarach  20cm x20cm x7cm wysokości. Spód wyłożyłam krążkiem papieru do pieczenia. Piekłam przez godzinę w 180 stopniach bez termoobiegu na środkowej półce. W międzyczasie zdarzyło mi się sprawdzić patyczkiem czy ciasto już się upiekło. Patyczek musi być suchy. Gorące ciasto jest lekko lepkie.

Smacznego! ;))

niedziela, 14 kwietnia 2013

Babeczki czekoladowe z kawą.

Delikatne w smaku i niesamowicie puszyste babeczki bez jajek. Jedne z moich ulubionych. Są tak pyszne, że do zdjęcia zostały tylko dwie ;).


Na 12 babeczek:

1 i 1/4 kostki margaryny
szklanka mleka może być roślinne
3/4 szklanki cukru trzcinowego
100g gorzkiej czekolady
cztery łyżeczki kawy
dwie łyżki gorzkiego kakao
dwie szklanki mąki pszennej typu 650
pół szklanki mąki żytniej razowej typu 2000
1/4 szklanki płatków owsianych
pół łyżeczki soli
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Do garnka wkładam margarynę, dodaję mleko, cukier, pokruszoną czekoladę, kakao oraz kawę, która pod wpływem ciepła się zaparzy. Sypana kawa zagęści i wzbogaci konsystencję babeczek. Delikatnie podgrzewam, aż wszystkie składniki stworzą gładką masę. Do miski przesiewam mąkę z proszkiem oraz solą. Wsypuję płatki i mieszam ze sobą suche składniki. Dolewam do suchych mokre składniki i mieszam łyżką. Przekładam do papilotek. Piekę przez 15-20 minut w temperaturze 175stopni z termoobiegiem. Po około 13 minutach zdarza mi się sprawdzić patyczkiem czy przez przypadek babeczki nie są już upieczone. Jeśli wychodzi suchy, są gotowe. Szkoda by było, gdyby wyschły.

Smacznego!

sobota, 6 kwietnia 2013

Czekolada z płatkami owsianymi i miętą.

Kolejne moje ukochane połączenie smaków. Klasyczna gorzka czekolada z miętą, a do tego samo zdrowie czyli płatki owsiane. Nic więcej mi w tej chwili nie trzeba.


Do tej przyjemności użyłam:

100g gorzkiej czekolady 70%
osiem łyżek ciepłej wody
pięć słodzików i łyżka trzcinowego cukru
duża garść świeżej mięty razem z łodyżkami
250ml szklanka płatków owsianych


Pokruszoną czekoladę wrzuciłam do miseczki z ciepłą wodą i postawiłam na kąpieli wodnej. Ogień pod garnkiem powinien być bardzo mały! Czekoladę ciągle mieszałam i gdy już się rozpuściła dodałam cukier i rozpuszczony w odrobinie ciepłej wody słodzik. Możemy osłodzić czekoladę czym tylko chcemy. Po chwili mieszania dodałam posiekaną miętę i znów mieszałam, aż cukier się rozpuścił i zaczęło pachnieć miętą. Wtedy zdjęłam miseczkę z kąpieli i po trosze wsypywałam płatki. Spokojnie dało się wmieszać całe, tylko chwilę to trwało. Starałam się wetrzeć czekoladę w płatki spodem łyżki. Ciepła mieszanka formuje się w kulkę, wtedy wyłożyłam ją na duży arkusz papieru do pieczenia i nakryłam drugim równie dużym. Całość delikatnie potraktowałam wałkiem do ciasta. Swoje muszę przyznać troszkę za mocno rozwałkowałam ;). Nie wyjmując z papieru, ostrożnie położyłam czekoladowy placek w formie do ciasta i włożyłam do lodówki na kilka godzin. Poszłam na kroplówkę z psem, więc chłodzenie trwało minimum cztery godziny. Po wyjęciu z lodówki pokroiłam placek na mniejsze kawałki, takie na jeden kęs. Można je też połamać, ale ja lubię kroić. Płatki wpiły całą wilgoć z mieszanki i przyjemnie wzbogaciły konsystencję czekolady. Nigdy jeszcze nie jadłam tak dobrej czekolady z miętą. Może i Wam zasmakuje.

Smacznego!

niedziela, 31 marca 2013

Gotowany sernik czekoladowy z suszonymi śliwkami.

Wczoraj wieczorem stwierdziłam, ze jednak mam ochotę na sernik, ale nie na taki zwyczajny. Bardzo lubię gotowane serniki, bo są tak przyjemnie wilgotne i delikatne. Pierwszy zamysł smakowy był zupełnie inny, ale jak zerknęłam do szafki i zobaczyłam suszone śliwki to już wiedziałam. Śliwka w czekoladzie - to jest to!


Potrzebne składniki:
1kg twarogu sernikowego
łyżka masła
sześć łyżek cukru trzcinowego
100g suszonych śliwek
trzy kopiaste łyżki gorzkiego kakao
siedem łyżek kaszy manny

Na najmniejszym ogniu, w garnku z nie przywierającym dnem rozpuściłam spora łyżkę masła, a na nie wsypałam cukier. Zamieszałam i powoli zaczęłam nakładać twaróg. Po kilka łyżek i od razu dokładnie mieszałam, aż do końca wiaderka. Masa serowa robiła się coraz bardziej płynna. Do lekko bulgocącej masy wrzuciłam posiekane suszone śliwki. Z paczki wybierałam te niezbyt twarde, by lekko rozpadły się w serze. Nie można zapominać o mieszaniu masy, bo może się szybko przypalić. Gdy masa się zagotowała i miała wyraźnie śliwkowy posmak powoli wsypywałam kakao, mieszałam dokładnie by nie zostały żadne grudki. Czekałam do kolejnego zagotowania. Przysypałam mannę do szklanki i bardzo wolno, dosłownie po pół łyżki wsypywałam ja płasko na wierzch masy i mieszałam okrężnymi ruchami by nie powstały grudki. Jeśli wsypalibyśmy od razu całą mannę mogłaby powstać jedna wielka kluska, a chcemy jeść gładki sernik. Chwilkę to trwało, ale nie powstały grudki, więc było warto. Masa za sprawą manny będzie gęstniała, a że dzieje się to na małym ogniu spokojnie zdążymy wmieszać całą. Czekamy, aż masa lekko zgęstnieje, ale będzie dała się przelać do foremki. Neutralny smak manny sprawdza się tu lepiej niż budyń.
Do schłodzenia sernika użyłam pojemniczka 20x13cm wysoki na 9cm (wystarczyło na styk!), ale z powodzeniem można go zrobić w mniejszej keksówce. Naczynie trzeba wyłożyć dużym kawałkiem folii spożywczej, by sernik można było łatwo wyjąć. Tak więc masę przelałam do pojemniczka wyłożonego folią, nie zawijałam jej aż nie przestygł. Później zawinęłam na górze nadmiar folii, zamknęłam pojemniczek i wstawiłam na noc do lodówki.
Sernik ładnie stężał w lodówce i można go było wyjąć z pojemniczka i dosyć łatwo odwinąć z folii. Pokroiłam go ciepłym, cienkim nożem.

Cukru może się wydawać mało, ale pamiętajmy że śliwki są bardzo słodkie i dużo z tej słodyczy oddadzą serowej masie. Jednak kiedy spróbujemy już gotową masę i wyda nam się mało słodka można jeszcze dodać cukier. Według mnie jest to zbędne, bo po co się na siłę zasładzać.

Smacznego! ;))

czwartek, 28 marca 2013

Krem do wafli, czekoladowy z orzechami włoskimi.

Bogaty smak czekolady i orzechów włoskich, nie za słodki. Dla mnie idealny. Obawiałam się, że będzie tłuste w smaku, ale nic z tego! Od wczoraj zostało tylko kilka sztuk gotowych wafelków., więc nie tylko mi smakują ;). Jedna porcja pojechała dziś rano do Poznania i tam też krem się sprawdził.


250g margaryny roślinnej lub masła
pół szklanki cukru trzcinowego
trzy kopiaste łyżki gorzkiego kakao
pół szklanki mleka
szklanka wyłuskanych orzechów włoskich

Posmarowałam:
180g opakowanie wafli, 5 sztuk 29cmx23cm

Margarynę przełożyłam do niskiego garnuszka, wsypałam cukier i powoli rozpuszczałam. Mieszałam, aż cukier rozpuścił się w tłuszczu. Dodałam kakao i uprzednio zmielone w malakserze włoskie orzechy. Teraz masa zaczęła się robić gęsta i na powierzchni było widać plamki tłuszczu, po wlaniu mleka całość zrobiła się bardziej jednolita. Masę trzeba cały czas ostrożnie mieszać, bo bardzo szybko może się przypalić. Gdy zacznie bulgotać zdejmuję z ognia i odstawiam do przestygnięcia. Od czasu do czasu mieszałam by na stygnącym kremie nie powstała skorupka. Jeszcze lekko ciepłym, ale już dającym się nabrać łyżką kremem równo smarowałam wafle. Na zasadzie wafel i na niego krem, znów wafel i krem oraz oczywiście na samą górę suchy wafel. Przełożone kremem wafle zawinęłam folią spożywczą, położyłam na górę dużą deseczkę, aby ładnie się skleiły i nawilżyły od kremu. Schowałam na noc do lodówki. Następnego dnia, ostrym i ciężkim nożem pokroiłam na kawałki. Najlepiej przechowywać je w lodówce.

Smacznego! ;))

niedziela, 24 marca 2013

Mocno czekoladowy napój z korzenną nutą.

O pogodzie wiele wspominać nie muszę. Spieszę za to ze wsparciem w formie rozgrzewającego napoju ;).


Dla dwóch osób:

szklanka wody
dwa owoce kardamonu
centymetr kory cynamonowej
łyżka trzcinowego cukru i 10 słodzików
dwie kopiaste łyżki gorzkiego kakao
półtorej szklanki mleka

Do garnuszka wlałam wodę i wrzuciłam przyprawy. Gotowałam na mocnym ogniu przez kilka minut, aż zaczął się unosić przyjemny aromat i połowa płynu odparowała. Zmniejszyłam ogień i dodałam cukier ze słodzikiem, można oczywiście osłodzić tym na co tylko mamy ochotę. Wsypałam kakao i zamieszałam by je rozprowadzić. Gdy zaczęło się gotować jeszcze bardziej zmniejszyłam ogień i powoli wlewałam mleko. Nie gotowałam, chciałam by tylko się podgrzało. Rozlałam do kubków i jakoś przez przypadek do mojego wlało się więcej ;).

Smacznego i dobrej nocy wszystkim!

wtorek, 12 marca 2013

Chokladbollar - szwedzkie kuleczki czekoladowe.

Od lat jestem wielbicielką Szwecji, a co za tym idzie także szwedzkich słodyczy. Czasami siedzę i wyszukuje różnych ciekawych dziwów kulinarnych ze Skandynawii. W sklepie znalazłam chokladboolar i roladki z marcepanem i ponczem, ale gdy spojrzałam na cenę stwierdziłam, że wolę spróbować zrobić je sama. Przeglądając przeróżne przepisy nie można powiedzieć, że szwedzki nie lubią płatków owsianych. Są one w prawie każdym deserze czy ciastku! Ale o tym mogłabym bez końca, a miało być o czekoladowych kuleczkach.


Oryginalnie powinny być wielkości małej piłeczki golfowej, ale ja zrobiłam mniejsze. Dosłownie na dwa kęsy i wyszło ich strasznie dużo, bo aż 45 sztuk. A miało być około 20-25 ;).

Na przepyszne czekoladowe kuleczki potrzebujemy:

200g masła lub margaryny roślinnej
2 i 1/4 szklanki płatków owsianych
pół szklanki cukru
4 łyżki gorzkiego kakao
4 łyżki mocnej kawy osłodzonej słodzikiem
około pół szklanki wiórków kokosowych

Masło kroję w kosteczki i wkładam do miski by porządnie zmiękło. Do miękkiego już masła wsypuję cukier, ja użyłam trzcinowego. Mieszam dokładnie łyżką, aby jak najwięcej cukru się rozpuściło. Nie musi się całkowicie rozpuścić, później gdy przegryziemy kuleczkę kryształki będą przyjemnie błyszczeć. Do masła z cukrem powoli wsypuję kopiaste łyżki kakao i po wymieszaniu stopniowo dodaję płatki owsiane. Swoje płatki wrzuciłam na dosłownie kilka sekund do malaksera by je delikatnie rozdrobnić. Wtedy kuleczki są delikatniejsze, bo kawałki płatków nie są za duże. Gdy masę jest ciężko mieszać dolewam kawę, użyłam rozpuszczalnej i osłodziłam słodzikiem. Równie dobrze można dodać do masła trochę więcej cukru i nie bawić się w słodzenie kawy. Wsypałam resztę płatków i mieszałam, masa jest bardzo gęsta i ciężko się ja miesza. Trzeba mieszać ją tak długo, aż wszystkie składniki się połącza i będą przyjemnie kakaowe. Masa powinna być lekko lepka, by kokos się do niej przykleił.
Do małej miseczki wsypałam wiórki kokosowe, za pomocą małej łyżeczki nabierałam masę i w dłoniach formowałam kuleczki. Około pół mocno kopiastej łyżeczki masy na jedną kuleczkę, ale oczywiście możecie robić większe. Delikatnie wrzucałam je do wiórków i lekko w nich obtaczałam. Strzepywałam nadmiar.
Trzeba je porządnie schłodzić w lodówce, najlepiej przez noc, ale jak nie możecie wytrzymać to około godziny powinno wystarczyć.

Jeśli chcemy je podać dzieciom i nie chcemy używać kawy, bardzo dobrze będą smakować z sokiem malinowym, ale należy pamiętać by dodać mniej cukru jeśli sok będzie słodki.
Natomiast jeśli chcemy by kuleczki były bardziej dorosłe, można dodać zamiast dwóch łyżek kawy, dwie łyżki ulubionego alkoholu.

Smaklig måltid! ;))

piątek, 22 lutego 2013

Mus czekoladowy z nutką kawy i bananami w karmelu.

Jak tylko mogę staram się unikać jajek. Szukałam w wielu miejscach dobrego przepisu, ale prawie wszędzie były żółtka lub coś innego mi nie odpowiadało. Postanowiłam zaryzykować i zrobić po swojemu.
Dziś nie myślę o kaloriach!


Na cztery porcje musu:
350ml śmietanki 30%
100g czekolady 70%
łyżeczka kawy rozpuszczalnej

Karmelowe banany:
jeden banan
dwie łyzkui cukry trzcinowego
odrobina wody

Drobno utarłam około kostkę czekolady do dekoracji. Resztę pokruszyłam i rozpuściłam w kąpieli wodnej z trzema łyżkami śmietanki. Delikatnie co jakiś czas mieszałam, aby się nie zważyła, a tylko powoli rozpuszczała. Do rozpuszczonej już czekolady wsypałam łyżeczkę kawy i dokładnie wymieszałam.
Odstawiłam i zabrałam się za ubijanie śmietanki. Zostawiłam trochę w kubeczku by móc ją później dolać do bananów, jakieś dwie łyżki. Nie słodziłam ani śmietanki, ale czekolady. Śmietanka sama w sobie jest słodka, a w czekoladzie cenię jej naturalny i lekko kwaskowy smak.
Gdy rozpuszczona czekolada lekko przestygła dodałam łyżkę piany i wymieszałam, aby wyrównać temperaturę. Stopniowo dodawałam śmietankę i powoli mieszałam, aby nie utracić puszystej konsystencji. Gdy masa była jednolita wstawiłam do lodówki, na minimum 30 minut.
Przed samym podaniem na patelnię wsypałam cukier i dodałam odrobinę wody. Gdy karmel się zrumienił i zaczął ciągnąć ostrożnie położyłam  na nim plasterki bananów, po chwili przewróciłam je na druga stronę i wlałam śmietankę.Potrząsnęłam patelnią i od razu wyłączyłam. Całość jest bardzo gorąca i jeszcze przez jakiś czas sama będzie się gotować.
Gdy użyjemy przezroczystych naczyń, ładnie będzie widać strukture deseru. Ja użyłam szklaneczek do whisky. Na dno szklanki nałożyłam łyżkę musu. Najlepiej takiego od razu wyjętego z lodówki. Kolejno ułożyłam kilka plasterków gorących bananów i znów łyżka musu. Od nas zalezy wielkosć porcji. Na góre położyłam plasterek banana i posypałam wcześniej startą czekoladą.
Deser należy szybko podawać, aby można było wyczuć różnicę w konsystencji musu. Różnica między ciepłym i zimnym, puszystym musem, a już lekko stopionym przez ciepłe banany, no i oczywiście lekko kwaskowy i niezbyt słodki smak musu w połączeniu ze słodziutkimi bananami w karmelu.
Mogę Wam tylko życzyć smacznego! ;)


Udało nam się zjeść tylko połowę przygotowanego musu, bo jest bardzo sycący. Resztę przełożyłam do małej miseczki i zamroziłam. Może i będą z tego pyszne lody...