wtorek, 5 lutego 2019

Najlepsza tofucznica z pomidorem.

Minął szmat czasu od ostatniego wpisu na blogu. W moim życiu bardzo wiele rzeczy się pozmieniało, jedne na lepsze inne na gorsze. Jednak z całą pewnością mogę przyznać, że brakowało mi mojego małego blogowego gotowania. Mam świadomość, że tak długa przerwa w publikowaniu przy ogromie wspaniałych blogów to duże ryzyko. Pewnie niewielu z Was o mnie pamięta, ale postanowiłam spróbować. Będę robić swoje, a jeśli Wam się spodoba to będzie mi bardzo przyjemnie! :) Dajcie czasem znać czy ze mną jesteście.

Na pierwszy ogień idzie tofucznica. Moja pani dietetyk zaleciła mi przejście na ścisły weganizm z wykluczeniem glutenu. Najlepszą dla mnie dietą ma być pescoweganizm bez glutenu właśnie. O szczegółach pewnie rozpiszę się innym razem. Czasem jest mi naprawdę ciężko by zjeść cokolwiek, muszę się na nowo uczyć komponować dania. Zwykle rano zjadłabym kanapkę lub wbiłabym trzy jajka na patelnię z odrobiną masła i po wszystkim, ale nie teraz...



Na porcję dla mnie użyłam:

paczka tofu z bazylią
jeden mniejszy pomidor
odrobina tłuszczu kokosowego lub rzepakowego
pieprz i sól kala namak do smaku

Na odrobinie oleju poddusiłam pokrojonego w kostkę pomidora, tak żeby się ładnie rozpadał. W międzyczasie w miseczce rozdrobniłam widelcem bazyliowe tofu. Przerzuciłam je na patelnię, doprawiłam pieprzem i sporą ilością drobnej czarnej soli kala namak. Smażyłam chwilkę do uzyskania ulubionej konsystencji. I gotowe!

Nigdy nie byłam fanką tofucznicy, nigdy mi nie smakowała. Zdradzę Wam sekret mojego ideału.

  • Sól kala namak robi tutaj niesamowitą robotę, a mianowicie robi ją jej niesamowity jajeczny aromat. Nie jest droga, a zmienia smak tofucznicy tak że zaciekli jajkożercy byli zachwyceni.
  • Bazyliowe tofu. Ze zwykłym tak dobra nie wychodzi. Zwykłe jest za suche no i totalnie bez smaku! Tu kompozycja bazylii, aromatu kala namak i pomidorka to jest to!

Muszę przyznać, że zdjęć to ja robić nie umiem, ale za to całkiem nieźle gotuję! Trzymajcie się ciepło kochani! Smacznego!

Wasza Ewelina.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Cukinia słodko-kwaśna, na zimę.

W tym roku postanowiłam zabrać się za przetwory z cukinii! Wszędzie jest jej tak dużo, do tego w niesamowicie niskiej cenie, że żal byłoby nie skorzystać. Przygotowałam kilka wariantów smakowych, jest kwaśna jak konserwowe ogórki, jest musztardowa, pikantna z chilli i kilka słoiczków z curry. Dzisiaj jednak chciałabym Wam zaproponować opcję słodko-kwaśną. Idealna do obiadu, sałatki, na kanapki i do burgera!




Kupiłam trochę ponad 4kg mniejszych sztuk, takich z których nie trzeba usuwać nasion i skórka jest miękka.  Jeśli macie duże to skórkę można obrać, a nasiona wyjąć. Mi nie chciało się z tym bawić. Umyłam cukinię, obcięłam końcówki i pokroiłam w grube słupki uprzednio przymierzając je tak by wpasowały się do słoika. Słoiki miałam różnej wielkości, od 0,6l do litra. Z tej ilości wyszły mi 4x 0,6l i 3x 1litr. Upychałam cukinię dosyć ciasno, bo przy gotowaniu się skurczy.

Na dno każdego słoika wkładamy:

  • dwa plasterki cebuli
  • kawałek blanszowanej marchewki
  • łyżeczkę ziaren gorczycy
  • pół łyżeczki ziaren pieprzu
  • liść laurowy
  • trzy kulki ziela angielskiego
  • pół dużego baldachu kopru lub jeden mały
  • około 15cm pokrojonej na mniejsze kawałki łodygi kopru
  • ząbek czosnku
  • mały kawałek chrzanu
  • solidna łyżeczka płynnego miodu (dla wegan słód ryżowy, miód z mniszka, golden syrup)


Zalewa:

podaję proporcje do litra wody by łatwo było pomnożyć. 
  • 1 litr wody
  • 1 łyżka soli
  • 1/3 szklanki cukru
  • szklanka octu spirytusowego 10%
Zwykle na taką ilość cukinii przygotowuję 3 litr wody + 3 szklanki octu + szklanka cukru i  3 łyżki soli

Jeśli spróbujecie zalewę to musi być ona zbyt mocna w smaku by dobrze doprawić cukinię, a jednocześnie zrównoważona w smaku. Czasem trzeba dodać więcej cukru, bo cukier nie zawsze jest tak samo słodki ;)

Napakowane cukinią słoiki zalewam marynatą pod gwint i zostawiam na jakieś 15minut. W tym czasie cukinia powinna wpić część zalewy i można dolać po kilka łyżek do każdego słoika. Jeśli zostanie Wam marynata spokojnie przelejcie ją do słoika lub butelki i przechowujcie w lodówce. 

Słoiki zakręcam i pasteryzuje w dużym garnku. Stawiam słoiki na grubej ścierce tak by nie stykały się ze sobą, ani ściankami garnka czy pokrywką!, wlewam wodę na wysokość 1/3 słoika i gotuję na małym ogniu aż skórka zmieni kolor na bladozielony taki lekko żółtawy lub przez około 20 minut(na duży słoik, na mniejszy do 15 minut) na lekko chrupką, a jak wolicie miękką to spokojnie 35 minut(na duży słoik, na mniejszy do 25 minut)  może sobie pyrkotać. 

To wszystko pewnie wygląda na strasznie skomplikowane, ale jak już przygotujecie wszystkie składniki i powrzucacie je do słoika to zobaczycie jakie to łatwe! Ja od lat robię to automatycznie, a wcześniej uczyłam się pod czujnym okiem mojej mamy i zawsze bałam się, że coś zepsuję! :). 

Jeśli cokolwiek jest niejasne to piszcie śmiało!

Taka cukinia postoi w piwnicy minimum dwa lata. Dłużej nie przetrwała, bo została zjedzona! 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Ciecierzyca z warzywami.

W upał chyba nikomu jakoś specjalnie nie chce się wisieć nad garnkami, a coś gorącego zawsze przyjemnie wszamać. Moim sposobem jest ułatwienie sobie życia i wrzucenie wszystkiego na jedną patelnię. Mało mycia, mało pracy i jedzenie na kilka dni! Wyszła z tego porcja na 3-4 obiady. Jedną zjadłam zawiniętą w placek tortilli, dziś drugą tak jak na zdjęciu. Jak zjem jutro jeszcze nie wiem :).





Składniki:

dwie łyżki oleju rzepakowego
dwa ząbki czosnku
mała zielona i żółta papryka
puszka ciecierzycy
puszka kukurydzy
puszka całych pomidorów bez skóry lub 4 świeże i pokrojone pomidory lima + 100ml wody
dwie łyżeczki ziół prowansalskich
sól i pieprz do smaku

opcjonalnie czarnuszka do posypania przy podawaniu

Paprykę umyłam, oczyściłam z nasion i pokroiłam w kostkę. Na patelnię z olejem przecisnęłam przez praskę czosnek i lekko podsmażyłam by zaczął pachnieć. Dodałam pokrojoną paprykę, odlaną kukurydzę i ciecierzycę, smażyłam aż papryka zmiękła i dodałam pomidory, rozdrobniłam je za pomocą łyżki. Dodałam do smaku soli, pieprzu i roztarte w palcach zioła. Całość co jakiś czas mieszając dusiłam około 10 minut, aż do zredukowania sosu i rozpadnięcia się pomidorów. Przy podawaniu posypałam czarnuszką.


Smacznego! :)

czwartek, 5 listopada 2015

Szarlotka bez pieczenia.

Ostatnio z powodu kilku rzeczy w życiu coraz częściej bierze mnie na sentymenty.
Zapachniało zimną to więc i myślą o Świętach.
Od zawsze kocham jabłka, a taka szarlotka to dopiero coś. Od samego zapachu, aż ciepło się robi na sercu.




Potrzebujemy tortownicy o średnicy 20cm.

Składniki na 8-10 kawałków:

pięć dużych jabłek około 1,5 kilograma
dwa centymetry skórki z cytryny
trzy łyżki cukru trzcinowego
szczypta gałki muszkatołowej
pół laski cynamony
100ml gorącej wody

budyń śmietankowy
pół litra chudego mleka
łyżeczka masła
dziesięć słodzików
paczka okrągłych biszkoptów
ulubione kruche ciasteczka korzenne

Jabłka myję i obieram, kroję na kawałki różnej wielkości. Chodzi o to by podczas duszenia jedne się rozpady, a inne pozostały jędrne. Wzbogaci to konsystencję ciasta. Pokrojone jabłka wrzucam na patelnię z dodatkiem drobno posiekanej skórki cytrynowej, gałką muszkatołową i cynamonem. Dodaje cukier i wodę. Całość smażę, aż powstanie gęsty mus z kawałkami jabłek. Odklejający się od dna patelni i tworzący specyficzny odgłos smażenia na sucho. Trwa to maksymalnie pół godziny. W tym czasie przygotowuję tortownicę. Dokładnie smaruję ja masłem, wykładam biszkoptami. W przerwy które zostają na dnie formy kruszę ciastka korzenne by dno było dokładnie pokryte. Jeśli chce Ci się gimnastykować można też spróbować obsypać boki formy, ale uwaga by biszkopty z dna nie zaczęły się przemieszczać ;).

Pamiętaj o wyjęciu cynamonu! Usmażony mus z kawałkami jabłek wykładam do formy z biszkoptami i ciastkami. Wyrównuję i przygotowuję budyń. Do swojego dałam słodzik, poza tym przygotowuję jak na opakowaniu. Wylewam gorący na jeszcze ciepłe jabłka. Po wyrównaniu powierzchni posypuję całość pokruszonymi korzennymi ciastkami. Całość stawiam na dużym talerzu i czekam, aż ostygnie. Przykrywam folią i na noc wkładam do lodówki. Kroję dużym, ostrym nożem.

Uwaga! Znika w zastraszającym tempie!

Smacznego!

niedziela, 23 sierpnia 2015

Wegańskie lody kokosowe.

Jakże ja uwielbiam kokos! I lody! Do tego były takie upały, że bez lodów i litrów wody byłoby ze mną bardzo źle. Do tego na dniach ma się znów zrobić straszny upał.. Coś czuję, że niedługo powstanie nowa porcja.
Polecam więc lody na weganie :)




puszka mleka kokosowego
200ml śmietanka Milia roślinna do ubijania
szklanka wiórków kokosowych
cztery łyżki trzcinowego cukru lub innego słodzidła do smaku
20g gorzkiej czekolady 70%

Śmietankę mocno schłodziłam, przelałam do miski i ubiłam mikserem tak by była puszysta i nie przesuwała się w misce. Dodałam mleko kokosowe w temperaturze pokojowej i miksowałam dalej. Wsypałam cukier i miksowałam, aż przestało się czuć ziarenka. Dodałam wiórki kokosowe i jeszcze przez chwile miksowałam by dobrze się rozprowadziły w puszystej masie. Przełożyłam do zamykanego pojemnika. Schowałam do zamrażalnika i na początku zostawiłam na około 40 minut by masa zdążyła się zmrozić po bokach. Wtedy koniecznie trzeba mieszankę zmiksować by nie powstały kryształki lodu. Później zaglądałam do lodów częściej i co jakieś 20 minut miksowałam (później to już wtedy kiedy mi się o nich przypomniało :D). Trwało to chyba ze cztery godziny zanim lody się dobrze zmroziły. Przed ostatnim miksowaniem wsypałam do nich mocno pokruszoną czekoladę, by zmieniła odrobinę konsystencję i przełamała kokosowy smak. Jeśli nie zjemy całych lodów od razu i zmrożą się bardziej to przed podaniem trzeba je wyjąć na jakieś 10-15 minut i można zajadać :)

Smacznego!


piątek, 7 sierpnia 2015

Marynowane tofu.

W taki upał zachciało mi się siedzieć w kuchni. Za te litry potu była nagroda, najpyszniejsza ostatnio :)

Było jeszcze zimno kiedy udało mi się zaciągnąć Narzeczonego na azjatyckie pierogi na parze. Zakochałam się w sosie do maczania i tak oto próbowałam odtworzyć ten idealny smak!

Na szczęście pisząc post mogę moczyć stopy w lodowatej i pachnącej lawenda wodzie..




Dla jednej osoby:

łyżka oleju rzepakowego
duży ząbek czosnku
pół ostrej papryczki razem z pestkami
dwie łyżeczki jasnego sezamu
dwie łyżeczki cukru
dwie łyżki ciemnego sosu sojowego
cztery łyżki octu ryżowego 5%
szczypta soli

kostka naturalnego tofu
makaron soba

W małym garnuszku, na małym ogniu do łyżki oleju wrzuciłam posiekany czosnek, drobno posiekaną chilli i szczyptę soli. Kiedy zaczęły ładnie skwierczeć, a czosnek zrobił się półprzezroczysty dodałam sezam i cukier. Ciągle mieszając by nic się nie przypaliło, czekałam aż sezam zacznie pachnieć i lekko się zarumieni. Dodałam sos sojowy i ocet ryżowy. Przy dodawaniu octu lepiej się odsunąć od garnka by nie wdychać drażniących oparów. Miksturę gotowałam przez chwilę by się zredukowała.

Do jeszcze ciepłej marynaty wrzuciłam tofu pokrojone w około półcentymetrowe plastry. Delikatnie wymieszałam by kawałki dobrze pokryły się marynatą, ale jednocześnie nie pokruszyły. Zdjęłam z palnika i zostawiłam na jakieś 15 minut, by tofu wchłonęło maksymalną ilość pysznej marynaty. W tym czasie ugotowałam makaron soba. Robi się bardzo szybko, więc trzeba na niego uważać. Byłoby równie smaczne z ryżem lub duszonymi warzywami. Garnek z tofu postawiłam z powrotem na płomień by się podgrzało. Gdy marynata się zagotowała to wyjęłam z niej tofu i wrzuciłam ugotowany makaron. Wyłożyłam na talerz pokryte sosem kluski i na górę położyłam kawałki zamarynowanego, jeszcze ciepłego tofu.

Oczywiście uważajcie z chilli, ja lubię bardzo ostre rzeczy i lepiej na początek dodać mniej :)

Smacznego! <3

piątek, 26 czerwca 2015

Knedle z truskawkami.

Moje ukochane truskawki.. Nie ma dnia bym ich nie jadła. Teraz niestety sezon się kończy i trzeba je maksymalnie wykorzystać. Pierwszy truskawkowy przepis, mam nadzieję że będzie ich więcej ;).


Na 20 klusek:

kilogram ziemniaków
jajko
szklanka mąki pszennej
pół szklanki mąki ziemniaczanej
sól

20 dużych truskawek, około pół kilograma

śmietana 12%
trzcinowy cukier







Obieram ziemniaki i gotuję do miękkości. Pod koniec gotowania dodaję łyżeczkę soli. Ugotowane ziemniaki odlewam i przeciskam przez praskę. Można rozgnieść tłuczkiem lub zmielić w maszynce. Ziemniaki zostawiam do ostygnięcia. Dodaję jajko i obie mąki oraz szczyptę soli. Wszystko delikatnie mieszam. Ciasto powinno być zwarte, ale miękkie. Jeśli się mocno klei można dodać jeszcze odrobinę mąki ziemniaczanej. Ciasto dzielę na pół i robię z niego dwa jednakowe wałki które dzielę w sumie na 20 jednakowych kawałków. Na oprószonej mąką ziemniaczaną dłoń kładę ciasto i rozpłaszczam by móc położyć na niej dużą truskawkę. Wokół owocu zamykam ciasto i delikatnie toczę w dłoniach w kulkę.

Gotowe knedle gotuję w dużej ilości osolonej wody. Muszą wypłynąć i stać się zwarte, u mnie trwało jakieś 10-15minut na małym ogniu. Woda z knedlami nie może się zagotować.

Ugotowane knedle polewam śmietaną i posypuję trzcinowym cukrem.

Smacznego! ;)

niedziela, 10 maja 2015

Ziołowy falafel.

Strasznie dawno nie jadłam domowego falafela. Ostatnio najczęściej jem go w "kebabie" podczas wypadów na miasto z Narzeczonym.. Jednak nie ma to jak dogodzić sobie samej ;)

                                                                                        Na sześć sztuk:

200g suchej ciecierzycy (trzeba namoczyć na noc!)
cztery duże ząbki czosnku
pół łyżeczki nasion kolendry
łyżeczka nasion czarnuszki
trzy około 5cm gałązki rozmarynu
sześć dużych liści szałwii, razem z gałązkami
cztery około 5cm gałązki tymianku
malutka suszona chili
ziołowa sól
świeżo mielony pieprz

dwie duże łyżki płatków owsianych

olej do smażenia



Wszystkie składniki przepuszczam przez maszynkę do mielenia. Partiami ciecierzyca i zioła, obrany czosnek znów ciecierzyca, na sam koniec daję płatki owsiane i w ten sposób oczyszczam trochę maszynkę z masy. Doprawiam wszystko solą i pieprzem. Po wymieszaniu zostawiam na około 10 minut by płatki owsiane wchłonęły wilgoć. Formuję zwarte kotleciki i smażę na rozgrzanym oleju. Jakby masa nie chciała się formować należy dodać odrobinę wody z moczenia ciecierzycy.




Swoje zjadłam w formie skromnego burgera na przypieczonej bułce z ogórkiem kiszonym, serem z ziołami, musztardą ziarnista i miodem. Tak skromnie, bo użyłam tego co było w domu. Ale Wy możecie zaszaleć z pomidorem, kiełkami wszelakimi, oczywiście sałatą i tym czego dusza zapragnie!

Smacznego! :)

czwartek, 7 maja 2015

Pożywny koktajl - banan, ananas i płatki owsiane.

Dobry wieczór kochani!

Próbuję do Was wracać, mam nadzieje że mi się uda ;).

Po południu zaczęło mi burczeć w brzuchu. Nie była to pora na kolację, a na obiad już trochę za późno. Na szczęście ze stołu zerkał na mnie lekko zmęczony banan i już wiedziałam co mam zrobić!



Dla dwóch osób:

duży dojrzały banan
pięć krążków ananasa z puszki
kilka łyżek syropu z ananasa (zamiast cukru!)
trzy łyżki płatków owsianych
250ml gazowanej wody mineralnej



Wszystko wrzuciłam do kielicha i zmiksowałam. Woda jest w takiej ilości by można było dostosować gęstość do własnych upodobań. Równie dobrze zamiast wody można dać syrop z ananasa i będzie barrrdzo słodkie ;).

W cieplejszy dzień polecam dodać kilka kostek lodu.



Smacznego!


wtorek, 20 stycznia 2015

Potrawka z soczewicy.

Od ostatniego posta minął prawie rok. Bardzo wiele się w tym czasie zmieniło w moim życiu i nie mam czasu dla siebie, a co dopiero na publikowanie. Od pewnego czasu jednak na moim profilu na facebooku zaczęła wzrastać aktywność i ilość osób odwiedzających. To był dla mnie motywujący kop do zrobienia czegoś i podzielenia się z Wami :).
Dziękuję, że mimo wszystko ze mną jesteście!

Chłodno i szaro na dworze to w wolny dzień ugotowałam gar pikantnej, sycącej i niezwykle poprawiającej humor potrawki. Nie mogę się od niej oderwać ;). Tak samo pyszna jest na zimno!

Składniki:

dwie szklanki (po 250ml) zielonej ciecierzycy
trzy średnie ziemniaki
dwa litry gorącej wody
dwie małe suszone chili
sześć ziaren ziela angielskiego
dwa małe listki laurowe
puszka krojonych włoskich pomidorów
cztery średnie ząbki czosnku
200g siekanego szpinaku
łyżeczka suszonego majeranku
pół łyżeczki suszonego rozmarynu
świeżo mielony kolorowy pieprz i sól do smaku

Potrzebny jest średniej wielkości, około trzylitrowy garnek.






Ziemniaki obrałam ze skórki i pokroiłam w kostkę. Soczewicę porządnie wypłukałam pod bieżącą, zimną wodą. Ziemniaki i soczewicę wrzuciłam do garnka, dodałam ziele, listek, pokruszyłam chili. Zalazłam wodą, wymieszałam, zostawiłam na niewielkim ogniu i dałam czas by spokojnie zmiękło. Nie dodałam soli, bo wtedy soczewica bardzo długo pozostawałaby twarda. Solę dopiero jak zmięknie. Trwało to może 20 minut do pół godziny. Kiedy i ziemniaki były miękkie dodałam puszkę pomidorów, przecisnęłam czosnek, szpinak, pokruszyłam zioła i zmieliłam pieprz. Po zagotowaniu należy spróbować i w razie potrzeby dodać soli, pieprzu czy chili.

Gęsta zupa jest tak samo smaczna jak prosta w przygotowaniu. Następnego dnia jest jeszcze lepsza!


Smacznego! ;)

sobota, 8 marca 2014

Koktajl: mango, pomarańcze i limonka.

Po powrocie z zajęć miałam na coś ochotę. Zjadłam chyba wszystko co można było, aż wpadłam na pomysł by w końcu zużyć te wszystkie już lekko zmęczone owoce. Czymś podobnym zostałam niedawno poczęstowana na niedzielnym śniadaniu u koleżanki. Słońce zamknięte w szklance! ;)


Dla trzech osób:

duże mango
trzy pomarańcze
limonka

Owoce muszą być dojrzałe.

Dokładnie myję wszystkie owoce. Pomarańcze obieram ze skórki i podzielone na cząstki wrzucam do blendera. Wyciskam do niego sok z limonki i wkładam pokrojone w kawałki mango. Okrawam je wokół pestki, obieram ze skórki i kroję. Można też nie zdejmując skórki pociąć miąższ w kostkę i wywinąć skórkę. Zrobić tak zwanego mangowego jeżyka. Wtedy łatwo wykrawa się kawałki. Wszystko chwilę razem blenduję.



Całość wychodzi przyjemnie gęsta z cząstkami owoców.

Smacznego! ;))

czwartek, 19 grudnia 2013

Brukselka smażona z porem.

Dla jednych pyszności, dla większości koszmar. Sama zwykle gotowaną w zupie połykałam z zamkniętymi oczami. Jednak taka smażona jest niesamowita. Słodka, nierozmiękła i bez goryczki.
Robi się bardzo szybko i jest świetnym dodatkiem do obiadu.


Dla trzech osób:

pół kilograma małych główek brukselki
około 300g por
sól
świeżo mielony pieprz
masło lub oliwa

Z kapustek obcinam głąby i zdejmuję wierzchnie listki. Główki przekrawam na pół i układam je płasko na rozgrzanym tłuszczu. Solę obficie z wierzchu i pozwalam się kapustkom lekko skarmelizować.Gdy się przyrumienią dorzucam uprzednio umyty i pokrojony w małą kostkę por. Smażę, aż por jest miękki. Doprawiam świeżo mielonym pieprzem i w razie potrzeby dodatkową szczyptą soli.

Brukselka to źródło wielu witamin, między innymi A, B1, B2, B5, B6, C, E, B7 i K.Zjedzenie zaledwie 150g pokrywa w stu procentach dzienne zapotrzebowanie na witaminę C. Brukselka zawiera również dużo beta-karotenu – ludzki organizm zamienia go w witaminę A, niezbędną między innymi do wzrostu dzieci oraz zapewniającą dobre działanie narządu wzroku. 

100g zawiera jedynie około 35 kcal.


Do tego była bułka z dynią zapiekana z mozzarellą. Pyszności...

Smacznego! ;))

czwartek, 28 listopada 2013

Krem orzechowo-kakaowy.

Kto nie kocha kremów czekoladowych z orzechami?  Domowe są jednak najlepsze.
Ten jest mega prostą i tańszą wersją tych sklepowych.


Na około 800ml kremu:

300ml orzechów ziemnych
200ml orzechów laskowych
250ml mleka 2%
dwie łyżki płynnego miodu
dwie łyżki gorzkiego kakao
dwie łyżki delikatnego oleju

Nie jest zbyt słodki, więc duża część z Was może dołożyć miodu :). Pierw jednak warto spróbować takiego.

Wszystkie składniki włożyłam do malaksera, nastawiałam na pełną moc i miksowałam. Robiłam to trzy razy, bo maszynie opornie szło. W końcu zrobił się lśniący, gęsty z niewielkimi kawałkami orzechów. Niebo...

Smacznego! ;)

sobota, 26 października 2013

Tagliatelle z pikantnym sosem pieczarkowym.

Jak dobrze móc być w domu cały dzień i ugotować coś pysznego! ;) To czego mi ostatnio brakuje to zupy i makarony z dużą ilością sosu. Nadrabiam więc zaległości.


Dla czterech osób:

800gram pieczarek
trzy małe cebule
niewielka papryczka chili
trzy duże ząbki czosnku
gałązka rozmarynu
łyżeczka posiekanego koperku
50-70g wędzonego twarogu
300ml mleka
olej rzepakowy
sól i świeżo mielony pieprz

350g makaronu tagliatelle

Pieczarki obieram, kroję na mniejsze kawałki. Cebulę obieram, kroję w piórka i szklę na niewielkiej ilości oleju z dodatkiem soli. Dodaję pieczarki i duszę, aż wyparuje prawie cała woda. Dodaję umyte i posiekane igiełki rozmarynu, wraz z niezdrewniałą łodyżką i posiekaną drobno chili. Moja nie była specjalnie ostra, więc dodałam z pestkami. Wtarłam czosnek, przesmażyłam chwilkę i dolałam mleko. Gdy sos się zagęścił zdjęłam garnek z ognia, wsypałam posiekany koperek i pokruszony widelcem ser. Próbuję i doprawiam do smaku. Wymieszałam i wrzuciłam przygotowany w międzyczasie makaron. Gotowałam go chwilkę krócej by wchłonął sos. Przykryłam garnek i zostawiłam na chwilkę.


Smacznego! ;))

sobota, 19 października 2013

Buraki z octem balsamicznym i czosnkiem.

Buraki! Zaraz obok dyni i śliwek są moim ulubionym składnikiem jesiennej diety. Ostatnio zjadamy je do makaronów z delikatnymi sosami oraz tradycyjnie do ziemniaków.


Potrzebujemy:

niewielkie buraki
ocet balsamiczny
czosnek
posiekany koperek
sól
świeżo mielony pieprz

Buraki myję i gotuję do miękkości. Po ugotowaniu odlewam wrzątek i zalewam je zimną wodą. Dzięki temu skórka da się ściągnąć palcami. Warto robić to w gumowych rękawiczkach, bo buraki nawet cytryną ciężko zmyć ze skóry. Obrane kroję w kawałki na jeden kęs i wrzucam do szklanej miski. Przyprawiam na ciepło, bo wydaje mi się, że buraki wtedy łatwiej przyjmują inne aromaty. Doprawiam sporą szczyptą morskiej soli oraz świeżo mielonym pieprzem, dolewam balsamico, ścieram drobno czosnek i posypuję koperkiem. Mieszam całość i zostawiam na chwilę do przegryzienia.

Celowo nie podałam konkretnej ilości składników, bo wszystko zależy od naszego smaku i słodkości buraków. Dzisiejsze były słodkie i dodałam dużo więcej przypraw niż zwykle. Na dwa kilogramy buraków dodałam dużą główkę czosnku i 150ml octu balsamicznego. Może się wydawać dużo, ale im buraczki słodsze tym więcej przypraw potrzeba. Kiedy ich spróbujecie to od razu będziecie wiedzieli jakie mają być.

Najsmaczniejsze są dzień po przygotowaniu, wyjęte z lodówki godzinę przed jedzeniem.

W lodówce spokojnie powinny postać kilka dni.

Ciężko jest zrobić zdjęcie pokrojonym burakom, by ładnie wyglądały. Za to są przepyszne!

Smacznego! ;))

poniedziałek, 9 września 2013

Burgery z ciecierzycy i dyni.

Gdy słyszę jak moja mama zagaduje "wiesz co... zjadłabym takie dobre kotlety z bułką jak Ty robisz!". Co mam zrobić jak nie zabrać się do pracy? ;) Za każdym razem są trochę inne, bo z tego co mam w danej chwili w domu. Masę zawsze robię na zapas i za każdym razem smażę świeże kotlety. Odgrzane też są dobre, ale komu by się chciało stać nad patelnią i tyle na raz smażyć? Szanujmy swój cenny czas!

Zapraszam Was dziś na burgera cudownie delikatnego, z dyni i ciecierzycy!


Na około 17-20 kotletów:

dwie szklanki suchych nasion ciecierzycy
listek laurowy
trzy duże kulki ziela angielskiego

700g dojrzałej dyni olbrzymiej
trzy łyżki siemienia lnianego
trzy łyżki ziaren sezamu
trzy duże ząbki czosnku
centymetrowy kawałek imbiru
kawałek ostrej papryczki chili
spora garść rukoli
trzy duże listki szałwii
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
trzy kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej

około 100ml wody z gotowania ciecierzycy

Za przygotowanie ciecierzycy trzeba zabrać się dzień wcześniej. Ziarna należy umyć pod bieżąca zimną woda i zostawić w celu namoczenia co najmniej na noc w dużej ilości ziemnej wody.

Następnego dnia gotuję ją do miękkości z dodatkiem ziela angielskiego i listka laurowego. Nie solimy jej, bo długo będzie twarda. Po ugotowaniu nie odlewam wody i łyżką cedzakową przekładam ziarna do malaksera. Mi wyszło na trzy razy i każdą z porcji miksowałam na gładszą. W pierwszej zostawiłam trochę większe kawałki, aby wzbogaciły konsystencję kotlecików. Następna była drobniejsza, a ostatnia na prawie gładką masę, aby była lekko papkowata i posklejała składniki. Gdy ciężko się miksuje dolewam odrobinę wody, dlatego pojawiła się w przepisie.

Podczas gotowania ziaren zajmuję się dynią. Obieram ją ze skórki i wydrążam środek. Nie wyrzucam pestek tylko je czyszczę i układam na ręczniku papierowym by wyschły. Można je później zjeść lub do czegoś dodać. Oczyszczoną dynie myje i trę na grubej jarzynowej tarce. Dodaję do rozdrobnionej cieciorki. Wcieram imbir oraz obrane ząbki czosnku. Drobno siekam chili oraz umytą rukolę, razem z siemieniem i sezamem dodaję do reszty składników. Mieszam ręką uzbrojoną w gumową rękawiczkę. Na koniec stopniowo dodaję mąkę ziemniaczaną by zagęściła całość. Masę trzeba bardzo dokładnie wymieszać.
Kotlety formowałam rękami w rękawiczkach. Powinny się dać łatwo kształtować. Masa jest miękka i delikatna, ale się nie rozpływa. Warto upiec kotlecika kontrolnego i sprawdzić smak oraz konsystencję. Moim była potrzebna solidna szczypta soli i dokładka chili. Usmażyłam tylko tyle kotletów ile oszacowałam, ze zjemy na raz. No może o jeden więcej ;). Resztę masy przełożyłam do plastikowego pojemniczka, zamknęłam i schowałam w lodówce. Przed kolejnym smażeniem ponownie trzeba wymieszać. Wytrzymała w lodówce cztery dni, potem się skończyła ;). Podczas pobytu w lodówce smaki pięknie się przegryzły!






Podałam je z pełnoziarnista kajzerką, keczupem, domowym ogórkiem kiszonym i sałata dębową. Pyszności!


Smakują również jako dodatek do obiadu. Były pyszne ze smażonymi ziemniakami i cukinią.
                    


Smacznego! ;))

piątek, 6 września 2013

Domowy pikantny keczup.

Od lat zabierałam się za zrobienie własnego keczupu! Bo u mnie w domu je się keczup dosłownie litrami. Do tego pomidory są tak tanie, że szkoda nie kupić. Przy moim obecnym szale robienia przetworów poszło jak po maśle, a i smak niesamowity! Warto się troszkę poświęcić by doświadczyć takich pyszności ;).


Na prawie trzy litry keczupu:

cztery kilogramy polnych aromatycznych pomidorów
dwa kilogramy pomidorów lima
trzy średnie marchewki
dwie średnie pietruszki
mały korzeń selera
dziesięć słodkich śliwek
dwie główki czosnku (około 12 dużych ząbków)
duża czerwona cebula
duża biała cebula
ostra papryczka
dwa duże liście laurowe
łyżeczka ziela angielskiego
łyżeczka ziarenek kolorowego pieprzu
pół laski cynamonu
dwa winne słodkie jabłka
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
50ml octu jabłkowego

Potrzebny jest minimum 5 litrowy garnek z grubym dnem.

Marchew, pietruszkę, seler umyłam i pokroiłam na spore kawałki. Wrzuciłam na dno garnka i obficie posoliłam. Na górę kroiłam w duże kawałki umyte pomidory. Nie bawię się w obieranie ze skórki, bo potem wszystko będzie przetarte. Przekładałam je jednak co jakiś czas obranym czosnkiem, umytymi i pokrojonymi na kawałki śliwkami oraz jabłkami. Dodałam pokrojoną papryczkę razem z pestkami, pieprz w kulkach, cynamon, ziele i listki. Postawiłam garnek na małym ogniu i przykryłam pokrywką. W ten sposób twarde warzywa na dole szybciej zmiękną, a pomidory puszczą sok. Po około 10-15 minutach wyraźnie powinno być widać lekko bulgocący po bokach sok. Wtedy drewnianą łyżką sprawdzałam czy nic na dnie się nie przypala, na szczęście wszystko było dobrze. Pierwsze gotowanie trwało, aż warzywa można było rozgnieść łyżką. Po około godzinie wyłowiłam cynamon, bo było już wyraźnie czuć jego smak. Nie chciałam by zdominował całość. Co jakiś czas mieszałam całość i trzeba też uważać by nie wykipiało! Szkoda byłoby tego całego dobra. Ta część trwała może dwie do trzech godzin. Szczerze to, aż mi się nie znudziło ;).
Drugiego dnia znów wstawiłam garnek na malutki ogień i redukowałam płyn. W domu unosił się coraz piękniejszy zapach. Na tym etapie nasz keczup ładnie gęstnieje i trzeba pamiętać by co jakiś czas go mieszać. Gotowałam go już bez pokrywki jakieś dwie godziny. Zostawiłam pod przykryciem do wystudzenia.
Trzeciego dnia zostało niewiele płynu i przy mieszaniu było słychać lekkie skwierczenie od dna. Teraz pomidory powinny być już całkowicie papkowate i nadal odparowujemy resztę płynu. Im mniej go zostanie, tym nasz keczup będzie gęstszy. Trwało to trochę ponad godzinę.
Czwartego dnia gdy patrzy się na keczup to widać, że większość jest gęsta, a płyn jest tylko na niewielkiej części. Wtedy podgrzałam go i zmiksowałam blenderem by łatwiej się go przecierało. Użyłam dużego metalowego sita, które położyłam na misce i za pomocą sylikonowej szpatułki przetarłam całość. Namęczyłam się, ale było warto! ;)
Przetarty keczup wkładałam do mniejszego garnka (3 litry), ale także z grubym dnem i znów podgrzałam. Czekałam, aż się zagotuje i wlewałam stopniowo ocet by dopasować stopień kwaśności do własnych upodobań. Bez octu keczup jest słodki. Po ponownym zagotowaniu, gdy ocet odparował ale idealnie zakwasił całość dodałam jeszcze sól do smaku i sporo mielonego pieprzu. Gorący keczup przełożyłam do małych słoiczków, zabezpieczyłam je folią spożywcza i porządnie zakręciłam. Pasteryzowałam w garnku wyłożonym gazetą. Ustawiłam słoiczki tak by się ze sobą nie stykały i nalałam letniej wody do 1/3 ich wysokości. Przykryłam garnek pokrywką i od zagotowania wody dałam słoiczkom 10 minut. Ostrożnie je wyjęłam i położyłam na ściereczce do góry dnem by wystygły. Nie trzeba tego robić i mogą stygnąć w garnku.

Czas podaję w przybliżeniu, bo zapomniałam zerkać na zegarek ;).
Proces przygotowania wydaje się długi, bo większość czasu keczup robi się sam. Czasem trzeba sobie tylko o nim przypomnieć by się nie przypalił. Robienie tego kilka dni intensyfikuje wszystkie smaki. Keczup ma szanse się porządnie przegryźć i smaki idealnie ze sobą współgrają.

Więc do dzieła i smacznego! ;))

poniedziałek, 2 września 2013

Dżem śliwka w czekoladzie.

Uwielbiam śliwki, a śliwki w czekoladzie w szczególności! Pewnego razu będąc u koleżanki na urodzinach zajadałam się czymś bardzo podobnym. Metodą prób i błędów doszłam do idealnej wersji tego dżemu. Wybrałam śliwki dąbrowickie, bo oprócz tego że są przepyszne i teraz dostępny to cudowne odchodzą od nich pestki i nie trzeba się z nimi siłować. Uwierzcie mi, nie opłaca się robić z mniejszej ilości owoców, bo dżem znika w tempie ekspresowym i jest niesamowicie pyszny. Musze przyznać, że są to moje ulubione słoiczki na zimę ;).


Na trochę ponad dwa litry dżemu:

3 kg dojrzałej śliwki dąbrowickiej
szklanka cukru
100g czekolady 70%
kopiasta łyżka ciemnego kakao

Śliwki umyłam, wyrzuciłam pestki. Owoce pokrojone na mniejsze kawałki wrzuciłam do dużego garnka. Nasypałam cukru i postawiłam na małym ogniu, co kilka chwil mieszając drewnianą łyżką, by owoce szybko puściły sok. Gdy śliwki zaczną się gotować powstanie mocno rzadka zupa i nadmiar płynu trzeba odparować. Pierwszego dnia gotowałam tak długo, aż było widać że całość zgęstniała. A na górze zrobiła się gęsta różowa piana. Wtedy najczęściej kończę pierwsza fazę smażenia, bo owoce zaczynają się przypiekać do dna. Zostawiam wtedy dżem do całkowitego wystudzenia. Najczęściej na całą noc. Ostatnio było dosyć chłodno, więc garnek przykryłam pokrywką i nie wkładałam go do lodówki.
Drugiego dnia przed ponownym smażeniem przygotowuję sobie porządnie umyte słoiki, i nakrętki oraz folię spożywczą. Dopiero teraz znów wstawiam garnek z dżemem ponownie gotuję. Robię to tak długo, często mieszając by się nie przypaliło, aż dżem będzie łatwo nabrać na łyżkę. Ważne jest też to, że kakao i czekolada także odrobinę zagęszczą całość. Druga faza trwa znacznie krócej od pierwszej. Czekoladę łamię na mniejsze kawałki i wrzucam do wrzącego dżemu. Mieszam by się całkowicie rozpuściła. Wsypuje dużą łyżkę kakao i dokładnie mieszam. Na tym etapie zdejmuję już garnek z ognia i po bardzo dokładnym wymieszaniu i spróbowaniu czy nie trzeba dodać kakaa przekładam gotowy dżem do słoików.
Po wypełnieniu słoików gorącym dżemem na każdy nałożyłam kawałek folii spożywczej i porządnie zakręciłam. Odwróciłam do góry dnem i zostawiłam do wystudzenia. Dla pewności pasteryzowałam słoiki. Do odpowiednio większego garnka wyłożonego gazetą włożyłam słoiczki i nalałam wody do 1/3 ich wysokości. Przykryłam garnek tak by pokrywka nie dotykała słoików, one same też nie mogą się ze sobą stykać i po 10 minutach od zagotowania wody dżem był już gotowy by przetrwać całą zimę, a nawet dłużej!

Śliwki obieram i kroję w gumowych rękawiczkach. Wam też radze ich użyć, bo później trudno domyć ręce ;).

Smacznego! ;))

czwartek, 29 sierpnia 2013

Pikantna zupa z dyni.

Na moim ulubionym stoisku z warzywami, już pod koniec zakupów zobaczyłam piękną dynię. Nie mogłam się powstrzymać i na samą myśl o tej pysznej zupie, kupiłam spory kawałek. Gdy tylko dotarłam do domu to mama na widok dyni zawołała: "będzie zupa!". Coś więc w niej musi być, skoro nawet moja mama zwariowała na jej punkcie, a gdy pierwszy raz usłyszała o takiej zupie to kręciła nosem. W domu dynia zawsze była tylko na słodko.


Na 2,5 litra zupy:

1300g dojrzałej dyni olbrzymiej
dwie średnie marchewki
jedna średnia pietruszka
trzy średnie ziemniaki
średnia biała cebula
pół papryczki chili
dwa ząbki czosnku
kilka listków szałwii
szczypta gałki muszkatołowej
sól morska
świeżo mielony kolorowy pieprz
olej rzepakowy
około litra wrzątku

Na samym początku warto przygotować sobie wszystkie warzywa, by później móc je tylko kolejno dokładać do garnka. Cebulę obieram i kroje w piórka. Marchew, pietruszkę i ziemniaki myję, obieram i ucieram na grubej tarce. Dynię myję, obieram ze skórki, wydrążam środek i kroję miąższ w grubą kostkę. Czosnek obieram i przekrawam na pół.

Teraz możemy spokojnie zabrać się za gotowanie zupy. Do dużego garnka wlewam kilka łyżek oleju, wrzucam na niego posiekaną cebulę i solę obficie. Smażę chwilkę tak by się delikatnie zarumieniła. Dokładam utartą marchew, pietruszkę i ziemniaki. Dokładnie mieszam i gdy zaczyna się przypiekać wlewam około 100ml gorącej wody. Lekko przypieczone warzywa dodają zupie specyficznego posmaku. Dodaję szczyptę gałki, kawałek ostrej papryczki, czosnek i dużo pieprzu. Po chwili wrzucam dynię pokrojoną w kostkę i dokładnie mieszam. Dolewam resztę wody, wrzucam porwane listki szałwii i przykrywam garnek pokrywką. Duszę pod przykryciem, aż dynię da się rozetrzeć łyżką. Trwa to dosłownie kilka minut. Podczas gotowania trzeba próbować zupy i kontrolować jej ostrość. W razie gdy poziom pikantności nam odpowiada wyrzucamy papryczkę. Nie radzę miksować zupy z papryczką, okaże się zbyt ostra i nawet dodanie jogurtu może nie pomóc. Zdejmuję garnek z ognia i ostrożnie blenduję całość na w miarę gładko. Dostosujcie do siebie stopień zmiksowania zupy. Ja robię różnie. Raz zostawiam większe kawałki, a innym razem robię krem. Na sam koniec znów próbujemy zupę i w razie potrzeby doprawiamy solą, gałką oraz pieprzem.

Podałam ją z orkiszowymi grzankami natartymi ząbkiem czosnku. Moja mama lubi z drobnym makaronem.

Smacznego! ;))

niedziela, 11 sierpnia 2013

Dżem jabłko z wiśnią

Kiedy owoce są najpiękniejsze trzeba z nich korzystać ile tylko się da. Dobrze jest moc później sięgnąć po słoik z czymś pysznym, smaku czego tak bardzo nam brakuje. Dlatego tak bardzo lubię robić przetwory. Ten przepis to dla mnie klasyka smaku, bo kto nie lubi jabłka z wiśnią? ;)


Na około 600g pysznego dżemu użyłam:

kilogram papierówek
pół kilograma wiśni
szklanka 250ml cukru
około 50ml wody

Owoce umyłam. Z wiśni usunęłam pestki i przekroiłam owoce na mniejsze kawałki. Nie użyłam drylownicy, więc robiłam to od razu. Papierówki starłam razem ze skórą na jarzynowej tarce o grubych oczkach. Do garnka z grubym dnem włożyłam potarte jabłka, dodałam cukier. Jest go tyle, bo moje jabłka były kwaśne. Dolałam wodę i wymieszałam. Kiedy jabłka odparowały prawie całą wodę dodałam pokrojone wiśnie. Przesmażyłam chwilę, aż puściły sok i zabarwiły całość na czerwono. Trzeba często mieszać bo może się przypalić. Gdy dżem zaczął skwierczeć wyłączyłam go i zostawiłam na całą noc. Pierwsze smażenie trwało mniej niż godzinę.
Następnego dnia porządnie umyłam niewielkie słoiczki oraz nakrętki. Wytarłam do sucha.
Dżem smażę dwukrotnie, ale nie na kamień. Stawiam go na mały ogień by tylko zaczął się smażyć. U mnie nie było soku i całość była dosyć gęsta. Poświęciłam na to około 15 minut. Masa nie spływała z łyżki i łatwo było ją nakładać do słoików.
Po wypełnieniu słoików gorącym dżemem na każdy nałożyłam kawałek folii spożywczej i porządnie zakręciłam. Odwróciłam do góry dnem i zostawiłam do wystudzenia. Jak się później okazało, mama pod moją nieobecność zagotowała słoiki. Do odpowiednio większego garnka wyłożonego gazetą włożyła słoiczki i nalała wody do 1/3 ich wysokości. Przykryła garnek tak by pokrywka nie dotykała słoików, one same też nie mogą się ze sobą stykać i po 10 minutach od zagotowania wody dżem był już gotowy by przetrwać całą zimę, a nawet dłużej!

Smacznego! ;))